środa, 6 sierpnia 2014

"Ostatni w rotacji" zaczyna OFENSywną grę.


Można być "ostatnim w rotacji" i znaleźć nowy lepszy "klub"? Można napisać, że Greg Oden był przez dłuższy czas najwyżej w rotacji medycznych klinik, a i tak trafił stamtąd do Miami Heat. "Ostatni w rotacji" też znalazł nowy zespół, co prawda nie płacą tyle co w Miami i nie będzie występował na koszykarskim parkiecie, ale wokół spraw związanych z nim już jak najbardziej.

Zastanawia mnie miejsce koszykówki w polskim internecie. Co rusz powstają strony, blogi, tak jakby była to wiodąca dyscyplina w kraju. Hashtag #TBLPL w czasie finałów PLK sprawił, że krajowy basket znalazł się w czołówce Twittera. Nie spodziewałem się tego, tak samo jak i faktu, że powstanie kiedyś w kraju płatny portal o NBA, który utrzyma się z abonamentowych danin od użytkowników. To pokazuje jakiś drzemiący potencjał, który jednak poza internetem jeszcze nie jest zauważany. Gdyby był widoczny ten koszykarski potencjał w kraju, bilety na najważniejszy mecz o punkty z Niemcami (dodatkowe podteksty!) nie byłyby dostępne już od 15 złotych, a sam mecz odbywałby się pewnie w hali pokroju Kraków Areny, a nie jednak w dużo mniej pojemnej arenie w Toruniu.

Podobnie ma się sprawa z transmisjami - gdy rozpętała się burza wokół zakodowanego i płatnego siatkarskiego mundialu na antenach Polsatu, rozpoczęła się dyskusja narodowa widoczna od serwisów sportowych po najpoważniejsze media w naszym kraju. Tymczasem w tym samym czasie w Hiszpanii będzie odbywał się turniej, który na całym świecie będzie cieszył się dużo większym zainteresowaniem niż wydarzenia z polskich hal. Będzie tak między innymi w Stanach Zjednoczonych, sąsiedniej Litwie, Meksyku, Argentynie, Afryce, Azji, ale nie w Polsce. Mistrzostwa świata koszykarzy nie będą transmitowane w żadnej telewizji. Zresztą nie jest to żadne nihil novi, w ostatnich dwudziestu latach relacje były przeprowadzane tylko za czasów trwającej jeszcze magii Dream Teamu w 1994 roku oraz cztery lata temu, gdy Amerykanie odzyskali w końcu mistrzostwo świata.

Widząc "gołą" popularność koszykówki w Polsce, można stwierdzić, że wśród dyscyplin sportowych pełni ona rolę jednego z "ostatnich w rotacji". Raz od wielkiego dzwonu odda ważny rzut, po czym z podkulonym ogonem wraca na ławkę rezerwowych, by usunąć się w cień piłki nożnej, siatkówki męskiej i kobiecej, piłki ręcznej, skokom narciarskim, czy niszy w postaci żużla. W polskiej polityce funkcjonuje zasada BMW (bierni, mierni, ale wierni), ale gdyby określać koszykarskich fanów, musiałaby zostać tylko literka "W". Nie są oni bierni ani mierni, bo podejmują wiele inicjatyw mimo przeciwności losu, gorąco dyskutują na temat dyscypliny i chcą/chcieliby ją zmieniać. Wielu rzuciłoby to wszystko już dawno w diabły i nie zajmowało się sportem, w którym prawdziwych sukcesów w ostatnich latach jest mniej więcej tyle lub ciut więcej, ile włosów na głowie ma obecny selekcjoner kadry Mike Taylor. Mimo tych wszystkich przeciwności i często swojskiej zaściankowości pojawiają się ludzie, którzy chcą o koszykówce pisać, rozmawiać, ją oglądać, działać, by odwrócić złą passę.

Na tym blogu większość tekstów miała charakter negatywny, niektórzy być może napiszą, że mocno "hejtujący". Uważam jednak, że jeśli po dwóch pierwszych meczach na EuroBaskecie 2013 napisałem "Eurowpierdol", to są słowa adekwatne do poziomu tam zaprezentowanego. Jeśli uważam, że transmisje w TVP zatrzymały się gdzieś na czasach "hej hej, tu NBA", to według mojej opinii nie było to wielką przesadą. W jednym tekście pochwaliłem działalność Stelmetu i doceniłem drogę jaką Zielona Góra przeszła od czasów agonii na przełomie wieków do Euroligi. W innym nie miałem oporów, by napisać konstruktywną krytykę pod adresem Janusza Jasińskiego. Mogę pozwolić sobie na takie pisanie, ponieważ w tych kwestiach nie jestem zależny od jakiegoś klubu, zawodników, menedżerów, prezesów klubu. Mogę racjonalnie spojrzeć na dyskusyjną kwestię i ją opisać bez obaw, czy postać X wstrzyma mi z tego powodu wypłatę lub odbierze akredytację. I tak to chyba powinno wyglądać, by przedstawiać rzeczywistość taką jaką jest, a nie uprawiać znaną z PRL propagandę sukcesu.

Powstaje nowe koszykarskie miejsce, gdzie wizje i koncepcje ścierają się z moimi pomysłami i poglądami. Dlatego też od piątku 8 sierpnia postanowiłem zaangażować się w nowy projekt pod nazwą OFENS.CO, czyli jak już nazwa wskazuje, ma być nastawiony ofensywnie i zapowiada się, z tego co mi wiadomo, całkiem nieźle. O koszykówce bez zbędnego ściemniania i koloryzowania rzeczywistości, czyli tak jak osobiście lubię. Gdybym chciał poczytać bajki, poszedłbym do bibliotek wypożyczyć literaturę Jana Brzechwy. Jeśli natomiast ktoś na bajki i Brzechwę jest już za stary i będzie chciał poczytać o polskiej koszykówce, mogę zaprosić od piątku na stronę OFENS.CO.

sobota, 28 czerwca 2014

Mistrzowski Lampe.


26 czerwca 2003 roku - draft NBA, podczas którego do najlepszej ligi świata wybrany zostaje Maciej Lampe. Równo jedenaście lat później 29-letni reprezentant Polski oddał być może najważniejszy rzut w swojej karierze, który jednocześnie zapewnił mu pierwsze ligowe mistrzostwo.

Takiej klubowej kariery jak Maciej Lampe, nie miał wcześniej i nie ma obecnie żaden inny polski zawodnik. Marcin Gortat oczywiście gra w NBA, ale występy w topowych klubach Europy go ominęły. Lampe to najlepszy towar eksportowy polskiej koszykówki w Europie, ale tak naprawdę w kraju nie jest postacią zbyt znaną, biorąc pod uwagę jego pozycję na salonach europejskiego basketu. Oczywiście wpływ na to ma fakt, że w kraju on nigdy nie grał w żadnym zespole, a i występując w reprezentacji nic znaczącego nie osiągnął. Aż trudno uwierzyć, że grając tyle lat w markowych klubach rozsianych po całej Europie popularny "Lampion" na ligowe mistrzostwo musiał czekać aż do 26 czerwca 2014 roku. 26 czerwca to szczególny dzień w sportowym życiu koszykarza - nie będzie przesadą napisanie, że najważniejszy. Przy okazji mistrzostwo zdobyte z Barceloną to także wielki sukces całej polskiej koszykówki.

Do tej pory eksportowaliśmy naszych zawodników do wielu lig, od Łotwy aż po Cypr. Adam Wójcik występował w Grecji, Hiszpanii, Włoszech, ale o mistrzostwo którejś z tych lig nigdy się nie otarł. Wójcik na obczyźnie zdobył tytuł, jednak "tylko" w lidze belgijskiej, podobnie jak w tym sezonie Mateusz Ponitka i dawno temu Dariusz Zelig. Szymon Szewczyk występując w Olimpiji Lublana zdobył trofeum ligi słoweńskiej, Michał Hlebowicki potrafił zostać mistrzem nawet dwóch różnych krajów, ale haczyk polega na tym, że dotyczy to Łotwy i Cypru. Całkiem niedawno mogliśmy się cieszyć z mistrzostwa Roberta Skibniewskiego na Słowacji i Roberta Tomaszka w Czechach, ale rozgrywki w tych krajach cieszą się jeszcze mniejszym prestiżem niż Tauron Basket Liga. Od lat mamy problem z tym, aby nasi zawodnicy występowali w najsilniejszych euroligowych klubach. Takim rodzynkiem w tym topowym towarzystwie jest Maciej Lampe.


Chimki Moskwa, Maccabi Tel Awiw, Uniks Kazań, Caja Laboral Vitoria. Na nazwanie wielkim klubem zasługuje wyłącznie Maccabi, reszta zespołów jest z bardzo solidnej półki, ale nie takiej, która może rokrocznie zapewniać kolejne trofea. Dlatego mimo ogromnego doświadczenia w relatywnie jeszcze młodym wieku Lampe nie mógł do czwartku pochwalić się pokaźną gablotą drużynowych sukcesów. Owszem, był triumf w EuroCup, medale w lidze rosyjskiej, zdobycie Pucharu Rosji, ale to ciągle było bardzo mało jak na kogoś, kto zarobił tylko na występach w Europie dobrych kilka milionów dolarów. Indywidualnie z reguły było wszystko w porządku, bo łodzianin był znaczącą postacią kolejnych zespołów. No, może poza Maccabi...

Nie licząc NBA, koszykarza w takim gigancie jak Barcelona, polski basket jeszcze nie miał. Oczywiście można być nieco rozczarowanym, bo Lampe przez długie tygodnie, a nawet miesiące pełnił marginalną role w rotacji zespołu z Katalonii. Miał jednak przebłyski, został MVP marca najsilniejszej ligi na kontynencie. I trafił decydujący rzut, który praktycznie zapewnił Barcelonie mistrzostwo Hiszpanii. Prędko takie wydarzenie zapewne się nie powtórzy. Niestety. Tym bardziej warto docenić sukces 29-latka, który od lat w pojedynkę jest ambasadorem polskiej koszykówki na czołowych europejskich parkietach. I od jedenastu lat, odkąd został wybrany w drafcie przez New York Knicks, jest na świeczniku. Pewnie, gdy kiedyś Lampe zakończy swoją karierę, będzie więcej głosów o niespełnieniu niż o sukcesach. Gdyby każdy był w Polsce tak niespełniony, zdobywalibyśmy w cuglach kolejne medale na EuroBaskecie. Facet nie ma nawet 30 lat, utrzymuje się na powierzchni od dekady, ale zawsze czegoś brakowało, by poczuć jak smakuje mistrzostwo.

Jak trudno znaleźć się w zespole walczącym o mistrzostwo w silnych rozgrywkach, na pewno wie Michał Ignerski. Koszykarz pochodzący z Lublina ma już 34 lata, ale mimo występowania w Polsce, Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Rosji i we Włoszech, nigdy nie posmakował ligowego triumfu. Generalnie rzadko można przeczytać o sukcesach polskich zawodników poza krajem. W tym kontekście wyczyn Lampego, ale i kilka tygodni wcześniej Mateusza Ponitki w Belgii, zasługuje na szczególną uwagę. Wyczyn mający wymiar symboliczny - równo po jedenastu latach historia zatoczyła koło i 26 czerwca stał się znów datą, kiedy w sportowym życiu Polaka wydarzył się przełomowy moment.

sobota, 21 czerwca 2014

Subiektywny alfabet PLK 2013/2014.


Sezon 2013/2014 Polskiej Ligi Koszykówki zakończył się 11 czerwca. Od października do czerwca wydarzyło się sporo zarówno na koszykarskich parkietach jak i w klubowych gabinetach, ale nie tylko tam. Wzorem poprzedniego roku, przedstawiam alfabet PLK podsumowujący nieco subiektywnie ostatni dość emocjonujący sezon i to co działo się wokół rozgrywek.

A jak Afery. Sezon bez afery to sezon stracony, chciałoby się powiedzieć po ostatnich latach. Tym razem prym w tej dziedzinie wiódł klub ze Zgorzelca, który na czołówkach gazet i serwisów internetowych pojawiał się nie tylko w przypadku świetnej gry, ale też "afery kolanowej" i "infuzyjnej". Na końcu liczyła się jednak tylko sportowa forma i klubowi ze Zgorzelca nic nie przeszkodziło w zdobyciu mistrzostwa Polski. Nawet okrzyki "Kroplówka, Kroplówka" kierowane w stronę Damiana Kuliga.

B jak Bilans Kotwicy Kołobrzeg. Formuła nadmorskiego klubu w PLK na jakiś czas chyba się wyczerpała. 4 zwycięstwa w 32 spotkaniach to fatalny wynik, dużo gorszy z ubiegłego roku, kiedy Kotwica też była czerwoną latarnią ligi (9-23). Do "wyczynu" Noteci Inowrocław sprzed lat jeszcze daleko, ale w lidze kontraktowej nie powinno być miejsca dla zespołu tak odstającego od reszty jak obecna Kotwica.

C jak C-Tryb. Pierwszy Polak w NBA wraca do kraju z drugiej ligi litewskiej i na starcie sezonu staje się... objawieniem rozgrywek rozdającym raz za razem potężne bloki, których nie powstydziłby się Anthony Davis. Cezary Trybański zaczął z wysokiego C, ale nie był w stanie utrzymać dłużej bardzo dobrej formy. Dla PLK pojawienie się Trybańskiego to dobra opcja także pod względem marketingowym. Tłumów "idących na Trybańskiego" nikt się nie spodziewał, ale sprawił, że w pewnym stopniu o rozgrywkach było nieco głośniej niż zwykle.

D jak Dobra robota Davida Dedka. David Dedek trenuje słabsze zespoły, dlatego nikt nie zachwyca się aż tak bardzo jego warsztatem. Po raz kolejny jednak wycisnął ze swojej drużyny absolutne maksimum, a w ćwierćfinale gdynianie postraszyli nawet Stelmet Zielona Góra. Chętnie widziałbym tego szkoleniowca w klubie z większymi ambicjami.

E Europa nam niepotrzebna. Niestety ten sezon miał też swój przykry moment, czyli start zaledwie jednego zespołu w europejskich pucharach. Część krajowych zawodników aspirujących do gry w kadrze była przez rok praktycznie odizolowana od gry na tle solidnych rywali z Europy. Oby był to wyłącznie wypadek przy pracy i w najbliższym sezonie oprócz atrakcyjnej Euroligi znajdą się nasze kluby także w niewiele mniej atrakcyjnym EuroCup.

F jak Filip Dylewicz. Weterani trzymają się świetnie nie tylko w NBA, ale i w Polsce. Już 34-latek został MVP Finałów i pokazał, że może świetnie grać także poza swoim Trójmiastem. Dylewicz grający z energią 20-latka zdobył już siódme mistrzostwo Polski i coraz bliżej mu pod tym względem do dokonań swojego idola, Adama Wójcika.

G jak Gabińskiego moment chwały. Michał Gabiński jak i cały Śląsk Wrocław prawie cały sezon miał mocno przeciętny. Prawie, bo w lutym wrocławianie, a szczególnie Gabiński, zdobyli u siebie Puchar Polski, a najlepszym zawodnikiem wybrano właśnie Gabińskiego. Nie przełożyło się to na dalszą część sezonu w lidze, ale zdobytego trofeum i tytułu nikt już zawodnikowi Śląska nie zabierze.

H jak Hashtag #TBLPL. Zabawa, która szczególnie na koniec sezonu sprawiła, że na Twitterze o polskiej lidze zrobiło się naprawdę głośno. Masa komentujących szczególnie finały ligi sprawiała, iż można było odnieść wrażenie, że wszyscy wokół nas oglądają pojedynki Turowa ze Stelmetem. Az tak pięknie nie było, ale i tak oglądalność całkiem liczna jak na PLK może cieszyć.

I jak Iron Mani z miast na literę Z. Turów i Stelmet to dwa zdecydowanie najlepszy zespoły całego sezonu, ale także wyróżnia je coś jeszcze. Dotyczy to liczby rozegranych spotkań lidze i w rozgrywkach międzynarodowych: PGE Turów - 62 mecze, Stelmet - 57. W porównaniu do pozostałych zespołów, to wręcz końska dawka. Nie przeszkodziło to jednak w zaprezentowaniu na koniec sezonu fantastycznej formy w finałach.

J jak Janusz Jasiński. Czy to już "polski Mark Cuban"? Człowiek, który jednego dnia snuje wizje o klubie opartym na kibicowskim modelu socios, budżecie na poziomie 8 milionów euro, by niedługo później wydawać zakaz rozmawiania z jednym z dziennikarzy lub przekomarzać się z kibicami ze Zgorzelca. Jedno jest pewne - bez Jasińskiego byłoby jakoś nudniej.

K jak Komentator Chodkiewicz. Trener, który głównie szkolił zespoły poza PLK, okazał się jednym z największych objawień całej ligi w ostatnim sezonie. Wyszukane metafory oraz specyficzny styl komentowania podzieliły widownię - jedni go kochali, inni nienawidzili. Nie da się ukryć, że po latach mocno skostniałego układu z Mirosławem Noculakiem w roli eksperta, przydało się jednak nieco odświeżenia tej formuły.

L jak Litewska strzelba. Deividas Dulkys przybył do Włocławka z odmętów Lietuvos Rytas Wilno i potrzebował niewiele czasu, by stać się postacią numer jeden całych rozgrywek. Świetny gracz, o którym powinno być jeszcze głośno w Europie. Dodatkowo dołączył do całkiem licznego grona Litwinów, którzy byli autentycznymi gwiazdami naszej ligi.

Ł jak Łączyński Kamil. W poprzednim sezonie zrobił krok do tyłu, by teraz wykonać dwa przodu. Wrócił z pierwszej ligi do PLK i pokazał się z naprawdę niezłej strony. Pewnie prochu już nie wymyśli, ale widząc mizerię w kraju na pozycji rozgrywającego, postęp Łączyńskiego musi cieszyć.

M jak "Money" J.P. Prince'a. Cóż, dla "Księcia" najważniejsze są zapewne pieniądze - tak można pomyśleć, gdyby przyjrzeć się tylko jemu gestowi pokazującemu "szelest" pieniędzy po trafionych rzutach. To może być wskazówka, że dla niego Zgorzelec stał się zwyczajnie zbyt ubogi. "Kasa, misiu kasa" to jedno, ale to on może dyktować warunki - na jego angaż na pewno od dawna jest liczne grono chętnych w całej Europie.

N jak Nazwisko Taylor. Joseph, Tony, Mike. W tym sezonie wystąpiło trzech Taylorów - jeden w Słupsku, dwóch w Zgorzelcu. Jakby tego było mało, selekcjonerem reprezentacji został... Mike Taylor. Zdecydowanie najpopularniejsze nazwisko w lidze w przekroju całego sezonu.

O jak Olympiacos na widelcu. Cóż to był za mecz w Pireusie! Skazywany na pożarcie kopciuszek z lubuskiego przed ostatnią sekundą meczu prowadził z aktualnym wówczas mistrzem Euroligi. Gdyby mecz zakończył się zwycięstwem Stelmetu, byłby to jeden z największych wyczynów polskiej koszykówki klubowej w historii. Niestety rzut z końcową syreną dał zwycięstwo Grekom. Kto nie widział tego meczu, musi koniecznie nadrobić zaległości.

P jak Powrót Polsatu. Polsat poszedł po bandzie zakupując prawa do pokazywania ligi na pięć lat (choć nic za nie płacąc), ale zaczął spokojnie. Jeden mecz w tygodniu, stała pora, spotkania w Ipla.tv - w sumie standard. Cieszy oglądalność w finałach, wykorzystanie w nich technologii HD, odkrycie Chodkiewicza, wykorzystanie kanału dostępnego za darmo. Tylko jeszcze zamiast Marcina Murasa wstawić kogoś innego do wywiadów po angielsku i byłoby naprawdę nieźle.

R jak Rozszerzenie do 16 zespołów. To był ostatni sezon w obecnej formie. Liga, w której nie ma nawet 12 zespołów mających płynną kondycję finansową, planuje się powiększyć do 16 ekip. Tym samym PLK zawita do tak dużych ośrodków jak Szczecin, Lublin, Toruń, a także wróci po latach na Górny Śląsk.

Q jak Quinton Hosley 2.0 poszukiwany. W tamtym roku gwiazdą całej ligi był Quinton Hosley, który w tym sezonie wybrał Włochy. Takiego zawodnika nie zastąpiono w Zielonej Górze, jak i w całej PLK. Mimo, że grał w Polsce tylko przez rok, do dziś wiele osób ma w pamięci jego znakomitą grę w ubiegłorocznych finałach.

S jak Spotkanie, którego prawie nikt nie zauważył. Czesko-Polski Mecz Gwiazd w Pardubicach wypadł marnie - w Polsce marne zainteresowanie, w telewizji brak transmisji na żywo. Mecz, który miał być smakowitym deserem i dodatkiem do "normalnej" rywalizacji, okazał się niestrawnym zakalcem dla nielicznych zainteresowanych.

Ś jak Średnia skuteczność rzutów wolnych Marcina Stefańskiego. Dawno, dawno temu, Marcin Stefański rzucał grubo powyżej 20 punktów w meczu. Było to w czasach występów w SMS Warka. Tej drużyny już nie ma, podobnie jak skuteczności "Stefana". Koszykarz Trefla w przekroju całego sezonu trafił zaledwie 33 rzuty wolne na oddanych 91 prób. Dało to skuteczność na poziomie... 36,3%.

T jak Tauron. Największy dobrodziej polskiej koszykówki w każdym wydaniu od ligi po reprezentację. Dobrze, że w dobie kryzysu i sportowej konkurencji, spółka stawia mocno właśnie na basket. Poza tym sama nazwa Tauron Basket Liga po tych kilku sezonach już się świetnie przyjęła.

U jak Urlepa wyjazd z Polski. Andriej Urlep odchodzi z Polski, by budować na Litwie klub Tomasa Pacesasa. Przez lata przyzwyczaił do sukcesów, ale ostatnio bardziej stawał się "strażakiem" niż autorem triumfów. Końcówkę piątego spotkania ćwierćfinału w Sopocie pewnie będzie długa pamiętać. Gdyby Czarni utrzymali przewagę, dziś ocena pracy Urlepa w Słupsku w ostatnim sezonie byłaby dużo bardziej pozytywna.

W jak "Waca". Adam Waczyński szczebel po szczebelku wzniósł się w Polsce na takim poziom, że więcej z występów w PLK już nie wyciśnie. To była autentyczna gwiazda, jedna z największych postaci całych rozgrywek. Dobry moment na wyjazd - od nowego sezonu będzie występował już w lidze ACB.

Z jak Zalewski Jakub. Niby jeden z wielu biegających po polskich parkietach, ale to swoisty ewenement. Z Rosą Radom przez dekadę przebrnął drogę z absolutnych nizin aż do półfinału PLK. To się zdarza bardzo rzadko. Niesamowita sprawa dla Zalewskiego, nawet jeśli niebawem będzie musiał opuścić rodzinne miasto. Dzięki klubowemu przywiązaniu i tak pozostanie jednym z symboli budowy radomskiej koszykówki.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Jak polubiono Spurs.


San Antonio Spurs po dość jednostronnych meczach w NBA Finals 2014 zdobyło swoje piąte mistrzostwo w ciągu piętnastu lat. Przy okazji jest to pierwszy tytuł, kiedy fani basketu naprawdę cieszą się ze zwycięstwa nazywanych niegdyś nudnymi Spurs.

Przez lata San Antonio Spurs miało spory problem ze zdobyciem rzeszy kibiców. Od pierwszego mistrzostwa w 1999 roku ta organizacja nie należała do ulubieńców kibiców oraz mediów. Na przełomie wieków Spurs stanowili opozycję do efektownie grających Los Angeles Lakers, później przychylniejszym okiem przyglądano się kolejnym zespołom, które grały o najwyższą stawkę prezentując fascynujący basket jak Phoenix Suns, gdy nagrody MVP zdobywał Steve Nash. Spurs przeczekali Lakers, Nasha, Boston Celtics, Detroit Pistons, a teraz przechytrzyli Miami Heat. To jest fenomen wykraczający poza ramy całej ligi NBA. Ligi, gdzie co jakiś czas kolejne zespoły znajdują się w przymusowej "przebudowie" i przynajmniej na na kilka lat wypadają z głównego obiegu zespołów mogących walczyć o tytuł lub dobre miejsce po sezonie regularnym. Tymczasem Gregg Popovich i cała organizacja Spurs tylko zadrwili sobie z wszelkiej maści osób, które przepowiadały koniec "Ostróg" co najmniej kilkukrotnie w ostatnich latach. Zespół z Teksasu nic z tych zapowiedzi sobie nie robił, bo jako jedyny w lidze jest tak regularny, jeśli chodzi wygrywanie co najmniej 50 spotkań w sezonie. Atakujący nieco w cieniu gracze San Antonio znakomicie czuli się w tej roli - w spokoju wykonywali swoje określone zadania. Symbolem tej organizacji pod względem mentalnym może być David Robinson. "Admirał" po zakończeniu kariery nie wyskakuje z każdej lodówki jak Magic Johnson lubiący blichtr Kalifornii i wielomilionowe biznesy, tylko starannie wykonuje swoje zadania z dala od medialnego zgiełku. Mało gadania, dużo pracy - to dewiza, która zaprowadziła Spurs przez te wszystkie lata do sukcesów dzięki systematyczności, konsekwencji i mądremu zarządzaniu.

Krzywdzące było - zwłaszcza w ostatnich sezonach - postrzeganie ekipy z San Antonio przez pryzmat "wielkiej trójki". Popovich dokonywał nieustannie personalnego liftingu i coraz bardziej uniezależniał swoją drużynę od wieloletnich liderów. To jest ogromna siła i atak z dwóch stron - z jednej pojawiali się ciągle nowi zawodnicy, którzy mogli odciążyć Tima Duncana czy Manu Ginobiliego, z drugiej ten Duncan lub Ginobili grali prawie jak za swoich najlepszych lat. Oczywiście cokolwiek by się nie stało, to duet Popovich - Duncan już na zawsze będzie kojarzony z mistrzowskimi tytułami. Są w tej lidze na określonym najwyższym poziomie już od ponad 15 lat. To dłużej niż cała kariera Michaela Jordana w Chicago Bulls! San Antonio przetrwało za czasów duetu Popovich - Duncan wiele sezonowych gwiazdek, które już miały dawno wysłać Spurs na śmietnik historii. Dzieje się zupełnie odwrotnie, bo to ekipa z Teksasu odprawia z kwitkiem co chwilę kolejne już pokolenie graczy NBA. Przez bardzo długi czas było to nie na rękę mediom, które zaszufladkowały Spurs jako graczy bez polotu, a później jako zespół uzależniony od starszych panów. W ostatnim czasie kilkukrotnie wyprowadzono cios w stronę organizacji San Antonio. W 2011 roku ogłoszono koniec zespołu po odpadnięciu w pierwszej rundzie play-off z Memphis Grizzlies, rok później ku uciesze koszykarskiego środowiska Oklahoma City Thunder wysłała SAS na wakacje po Western Conference Finals. Cały czas jak mantrę powtarzano jedno - konferencja zachodnia należy do zawodników przyszłości jak Kevin Durant, Blake Griffin i to wyłącznie nowe siły będą rozstrzygać o palmie pierwszeństwa w silnej konferencji.

Mamy rok 2013 i kolejny cios po NBA Finals. "W tej formie to już koniec Spurs, odbili się oni od ściany, więcej z siebie już nie wycisną" - wiele takich komentarzy pojawiało się po 20 czerwca 2013 roku. Po dwunastu miesiącach znów Popovich zadrwił ze wszystkich klubów, ekspertów, tak jak potrafi to robić w telewizyjnych wywiadach. Miami Heat przegrało w sposób bezdyskusyjny, a przewaga San Antonio Spurs nie podlegała żadnej dyskusji. Dużo więcej wysiłku Spurs kosztował nawet pierwszy tytuł po wygranych Finałach z New York Knicks, też 4-1. Dopiero teraz, w tych Finałach Spurs dostali wyrazy sympatii i uznania, jakie powinny spływać na ten zespół od piętnastu lat. Każdy stara się doszukiwać maestrii w grze San Antonio i bardzo dobrze, wszak lepiej późno niż wcale. Coś podpowiada jednak, że ta sympatia w kierunku San Antonio związana jest też z częściowo znienawidzonym rywalem. Miami Heat i LeBron James budzą wiele emocji, najczęściej o negatywnym charakterze. Ktokolwiek stanąłby z nimi do walki w Finałach NBA, byłby faworytem szerszej części widowni. Pierwsze symptomy przychylniejszego spojrzenia w kierunku SAS widać było gołym okiem w fascynujących NBA Finals 2013. W obliczu "hejtu" na Miami sympatia środowiska skierowała się w stronę Spurs, którzy tym samym przeszli bardzo długą drogą od zespołu powszechnie nielubianego do jednego z tych, które zachwycają fana basketu pod każda szerokością geograficzną. To ogromna wartość, ważna prawie tak samo jak piąte mistrzostwo w historii.

San Antonio Spurs mają teraz swoje pięć minut - na całym świecie powstają na temat tego zespołu pewnie w tym momencie kolejne teksty wynoszące pod niebiosa Popovicha, Kawhi Leonarda, Tima Duncana i pozostałych. Coś mi tylko podpowiada, że to będzie stan krótkotrwały. Zaraz zacznie się offseason, podpisywanie wielomilionowych kontraktów, kolejne szumne zapowiedzi o mistrzowskich sagach z różnych stron Stanów Zjednoczonych. San Antonio znajdzie się ze swoim tytułem w cieniu. Dla tej organizacji to nic nowego - jesienią i tak zapewne zacznie swoją kolejną kampanię, której celem w czerwcu 2015 roku znów będzie mistrzostwo. Wówczas jakieś 95% bohaterów offseason będzie już dawno na wakacjach, pewnie w przeciwieństwie do koszykarzy Spurs.

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozszerzać z głową.


Tauron Basket Liga z zamkniętej ostatnio dość szczelnie skorupy otwiera się na wszystkie cztery strony naszego pięknego kraju od lubelszczyzny, przez Śląsk po Pomorze Zachodnie. Ta dość nagła ekspansja podzieliła koszykarskie środowisko na dwa obozy. Ligę warto rozszerzać, ale z umiarem i w oparciu o rzetelne ku temu podstawy.

Argumenty za powiększeniem i zmniejszeniem rozgrywek ligowych przychodzą falami. Gdy występuje 12 zespołów, narzeka się na rozszerzenie, bo liga straci swoją wątpliwą "elitarność". Gdyby było obecnie 16 zespołów w Tauron Basket Lidze, jestem pewien, że po roku lub maksymalnie dwóch, więcej zwolenników miałaby koncepcja z odchudzeniem ligi ponownie do 12 zespołów, tak by znów nadać jej charakteru rozgrywek dostępnych tylko dla najlepszych wybrańców. Trudno wszystkim dogodzić. Nie zmienia to faktu, że ostatnio wszyscy się już przyzwyczaili do obecnego systemu z 12 zespołami w elicie oraz szczebel niżej z całkiem niezłą pierwszą ligą. W lidze kontraktowej, w której i tak kilka drużyn sportowo, ale także częściowo i finansowo, ostatnio ledwie zipało, jakiekolwiek próby powiększenia w tej sytuacji muszą budzić pewne wątpliwości. Tak rozbudowane rozgrywki można spotkać w mocno rozwiniętych ligach jak hiszpańska lub niemiecka, gdzie występuje 18 drużyn. Tyle na razie jest chętnych na miejsce w TBL. Takiej liczby zespołów nie było w lidze nawet w jej najlepszych czasach pod względem finansowym w końcówce XX wieku.

Dziś nie ma finansowego eldorado, dlaczego więc nagle duża liczba miast bardzo poważnie zainteresowała się możliwością gry w TBL? Koszykówka nie przeżywa jakiegoś renesansu popularności, ale włodarze poszczególnych miast i sponsorzy zdają sobie sprawę, że tak naprawdę przy spełnieniu niewygórowanych warunków licencyjnych i dodatkowo bez sportowego awansu, można tanim kosztem zapewnić sobie miejsce w elicie. To władze ligi zaprosiły same kluby, więc odpadają opłaty za "dziką kartę". Wymagane 2 miliony złotych budżetu to niewiele, zważywszy na fakt, że w takim Szczecinie podobna kwota była już w ostatnim sezonie. Nic dziwnego, że przejście procesu licencyjnego w większości przypadków powinno być tylko formalnością, a wkraczając do TBL zaproszone kluby nie mają wiele do stracenia.

Jestem zwolennikiem rozszerzenia, ale umiarkowanego i nie na hura. Bo jeśli jakiś klub uzależniałby swój rozwój tylko i wyłącznie od natychmiastowego miejsca w TBL, to raczej pokazuje, że jest zbudowany na dość kruchych podstawach. Pojawiają się opinie, że warto dopuścić wszystkich chętnych, bo za jakiś czas mogą okazać się nawet drugim Stelmetem lub Rosą Radom. Oczywiście i tak może być, ale w Zielonej Górze i Radomiu rozwój koszykówki to był bardzo długi, wieloletni proces, o którym się teraz nieco zapomina. Nie było tam przypadku, o wskoczeniu do czołówki tych zespołów nie zadecydował jeden rewelacyjny sezon, tylko nieustanne i mozolne powiększanie budżetu z roku na rok. A jakie podstawy ma Polonia Warszawa, która w obecnym sezonie zajęła ósme miejsce w słabiutkiej drugiej lidze lub Zagłębie Sosnowiec, którego brakowało nawet na tym szczeblu? Zespoły niesprawdzone w bojach, które budowane są na szybko, począwszy od składu personalnego aż do spraw organizacyjno-finansowych, z reguły nie wróżą niczego dobrego. 

Chętnie zobaczę nowe miasta w 16-zespołowej Tauron Basket Lidze i na tym... koniec. Przy większej liczbie istniałaby potrzeba zatrudnienia już ponad 100 koszykarzy z polskim paszportem, a w kraju zwyczajnie brakuje wartościowych "rąk do pracy", by można obdzielić nimi aż 18 zespołów. W dłuższej perspektywie, można się zastanowić, co będzie w kolejnych latach, skoro zwycięzca pierwszej ligi ma niejako z urzędu miejsce w Tauron Basket Lidze. Będzie 17 lub 19 zespołów, a potem jeszcze więcej? To pytania już na przyszłość i warto, żeby odpowiedź była znana przed sezonem, a nie po tym jak już się zakończy.

Powiększenie TBL to właściwie bardzo prosty proces w porównaniu choćby do piłkarskiej T-Mobile Ekstraklasy. Koszykarskie kluby nie mają do podziału finansowego tortu w postaci milionów z praw telewizyjnych. Nic właściwie nie trzeba dzielić na 12, 16 lub 18 zespołów. Dlatego przedstawiciele obecnie grających klubów, przynajmniej oficjalnie, nie powinni torpedować pomysłu rozszerzenia ligi, bo w zasadzie nie mają w tym specjalnie wielkiego interesu. Koronnym argumentem za powiększeniem TBL jest przede wszystkim porównanie na zasadzie więcej klubów = więcej widzów = większy zasięg ligi. Trudno to jakoś podważyć. Przeciętnego fana ze śląskiej aglomeracji dziś koszykarska elita po co ma interesować, skoro od kilkunastu lat z tamtego regionu nikt w lidze nie gra. Posiadanie zespołu w TBL to najprostszy sposób dotarcia do nowych kibiców. Tych bardzo potrzeba, bo można było odnieść wrażenie w ostatnich latach, że rozgrywkami interesują się wyłącznie mieszkańcy miast, które mają swoje kluby w lidze kontraktowej.

Władze ligi doszły pewnie do wniosku, że formuła obecnej TBL już się wyczerpała. 12 klubów, większość z miast powiatowych, reprezentujących ledwie kilka regionów kisiło się coraz bardziej wyłącznie we własnym sosie. Rozszerzenie może być udaną próbą odświeżenia nieco skostniałego ostatnio układu. Niech otrzyma ono twarz ligi złożonej maksymalnie z 16 zespołów. Kilkukrotnie już w historii PLK tak duża liczba klubów nie utrzymała się zbyt długo. Z oceną, czy rozszerzenie Tauron Basket Ligi, jest dobrym lub złym pomysłem, trzeba poczekać do momentu, kiedy zakończy się sezon 2014/2015, a ilość klubów, które przystąpią jesienią 2015 roku do następnych rozgrywek będzie najlepszą weryfikacją planowanej reformy.

PS. Celowo na czas pisania tekstu zapomniałem o ewentualnym spadku poziomu sportowego w związku z powiększeniem ligi.

sobota, 7 czerwca 2014

"Under-29" kontra "+30".


Najlepszym graczem tegorocznych meczów finałowych Tauron Basket Ligi jest 34-letni Filip Dylewicz. Mimo upływającego czasu pokolenie zawodników urodzonych w pierwszej połowie lat 80-tych nadal pełni główną rolę w polskiej koszykówce. Co by mogło nastąpić, gdyby powstała drużyna złożona tylko z zawodników z kategorii wiekowej "+30" i zmierzyła się z młodszymi kolegami?

W Polsce mieliśmy i mamy do czynienia z pewnego rodzaju utalentowanymi koszykarskimi generacjami. Pokolenie zawodników urodzonych na początku lat 70-tych już zakończyło kariery, później mieliśmy małą przerwę, aż w końcu pojawiła się kolejna dekada, ostatnia z czasów PRL-u, kiedy w szpitalach rodziły się przyszłe gwiazdy polskiego basketu. Mimo, że to pokolenie dzisiejszych zawodników po trzydziestce w kadrze nic znaczącego nie osiągnęło, to jednak indywidualnie znaczyło i znaczy nadal całkiem sporo. Z czasem oczywiście będą konieczne próby odmłodzenia reprezentacji, być może ostatecznie za rok po EuroBaskecie 2015. To powinien być ostatni turniej, w którym znów najwięcej powinno zależeć od obecnych graczy powyżej 30. roku życia. Z każdym sezonem młodsi mimo to napierają coraz mocniej. Bardzo ciekawie zapowiadałby się taki mecz dwóch drużyn - jednej z graczami "+30" oraz drugiej, w której składzie mogliby się znaleźć zawodnicy z rocznika 1985 i młodsi. Można pójść dalej i spróbować wytypować możliwie najlepsze składy takich fikcyjnych zespołów.

Można zacząć od "młodych". Filarem byłby oczywiście Maciej Lampe, który co prawda bardziej kojarzony jest ze starą gwardią, ale wiek wcale tego nie potwierdza. Lampe miałby także solidne wsparcie pod koszem - Przemysław Karnowski, Damian Kulig, Olek Czyż - to mają być docelowo zastępstwa na lata, gdy starszyzna zrezygnuje już z występów w drużynie narodowej. Największe bogactwo byłoby widać na obwodzie, bo tutaj mamy Przemysława Zamojskiego, Michała Michalaka, Mateusza Ponitkę, Michała Chylińskiego, a także Adama Waczyńskiego. W praktyce to pierwszy skład także w tej "prawdziwej" kadrze, a w ewentualnym zastępstwie Waczyńskiego na pozycji niskiego skrzydłowego jest jeszcze Tomasz Gielo. Są jednak też ogromne luki i co nie dziwi nikogo, najbardziej widoczne są one na rozegraniu. Tomasz Śnieg i Kamil Łączyński znaleźli się w szerokiej kadrze ogłoszonej przez Mike'a Taylora/PZKosz., ale pewnego międzynarodowego poziomu nigdy nie przeskoczą. Jeśli tak negatywny komentarze kierowano w ubiegłym roku w stronę Łukasza Koszarka, aż nie chciałbym usłyszeć, co kibice powiedzieliby o występach Śniega na dużej imprezie. Ostatecznie umownie nazwaną drużynę "młodych" lub "Under-29" tworzyłby następujący skład: Łączyński, Śnieg, Zamojski, Ponitka, Michalak, Chyliński, Waczyński, Gielo, Czyż, Lampe, Kulig, Karnowski.

"Starzy" na pewno mają jeszcze w baku sporo paliwa, by rządzić w reprezentacji. Przewaga na rozegraniu jest ogromna, wszak Koszarek i Krzysztof Szubarga biją na głowę umiejętnościami (szczególnie dotyczy to Koszarka), doświadczeniem, meczami o stawkę swoich młodszych kolegów na tej pozycji. I co najgorsze, taka sytuacja nie zmienia się już od wielu lat. Z rocznika 1984 w takiej drużynie "+30" zmieściliby się jeszcze Łukasz Wiśniewski (rocznikowo ma 30, ale urodziny dopiero w grudniu), Adam Hrycaniuk i oczywiście Marcin Gortat. Sytuacja pod koszem u starszyzny jest zresztą jeszcze lepsza niż u młodszych kolegów. Oprócz Gortata i Hrycaniuka na pozycjach 4 i 5 mogą grać Michał Ignerski, Filip Dylewicz i Szymon Szewczyk. Nie ma tutaj znaczenia, że dwaj pierwsi, już 34-latkowie zrezygnowali z występów w kadrze. Biorę pod uwagę możliwie najlepszych krajowych zawodników, a nie ich deklaracje o występach z orzełkiem na piersi. Na pozycji rzucającego rozgrywającego dopisuję Thomasa Kelatiego, który mimo słabego sezonu, w porównaniu do innych polskich zawodników nie powinien być mieć jakichś wielkich kompleksów. Choć nie ma co ukrywać, że "starzy" mają słabiej obsadzone pozycje 2 i 3. Jest jeszcze Jakub Dłoniak, a na trójce "tylko" Łukasz Majewski i Piotr Szczotka. Byli kadrowicze, mają za sobą udany sezon, ale to jednak nie ten rozmiar kapelusza, jakiego byśmy oczekiwali od czołówki niskich skrzydłowych. To w polskich warunkach jednak bardzo newralgiczna pozycja, co boleśnie odczuliśmy także na ostatnim EuroBaskecie. Podsumowując, dwunastoosobowy skład "+30" wyglądałby tak: Koszarek, Szubarga, Wiśniewski, Kelati, Dłoniak, Majewski, Szczotka, Dylewicz, Ignerski, Szewczyk, Gortat i Hrycaniuk.

Średnia wieku młodszej części wynosi 24,6 lat, a starszej 31,5 roku. Kto by wygrał? Wszystko to tylko oczywiście hipotetyczne rozważania na papierze, ale gdyby doszło do takiego meczu, stawiałbym na nieznaczne zwycięstwo "+30" nad "Under-29". Widać wyraźną przewagę jakości na pozycji rozgrywającego, pod koszem też zestaw z Gortatem w roli lidera wygląda lepiej. Wśród zawodników urodzonych po 1985 roku przewaga widnieje tylko na pozycji rzucającego obrońcy. Wniosek z zaprezentowanych składów płynie przede wszystkim jeden: budując polską reprezentację nie można zapominać o doświadczonych zawodnikach, nie wolno ich wysyłać na emeryturę i mówić wyłącznie o pokoleniowej zmianie. Z drugiej strony nie można lekceważyć coraz młodszych kadrowiczów, którzy już prezentują poziom w zupełności uprawniający do dłuższych występów w kadrze. Trzeba zbudować mieszankę rutyny z młodością, bo dopiero symbioza obu drużyn może załatać występujące luki. Najlepsze europejskie reprezentacje tak właśnie są zbudowane i nikt przesadnie nie zagląda nikomu w metryczkę. Jak mawiał były piłkarski selekcjoner Janusz Wójcik, budować to można szałas w lesie, a nie reprezentację.

Pozostaje tylko żałować, że Michał Ignerski i Filip Dylewicz zapewne już nie zagrają w kadrze. Obecny sezon w ich wykonaniu pokazuje, że jakkolwiek będzie zbudowana tegoroczna reprezentacja, na pewno zabraknie w niej dwóch z dwunastu najlepszych krajowych zawodników. Widząc dość ulgowy charakter tegorocznych występów kadry Taylora, pewnie nie skończy się na tej wspomnianej dwójce.

niedziela, 1 czerwca 2014

Kto Dylewicza ma, ten w Finałach gra.


Filip Dylewicz niepostrzeżenie stał się jednym z najbardziej utytułowanych polskich koszykarzy ostatniego ćwierćwiecza. Wiecznie uznawany za młodego i utalentowanego przez te lata tylko się trochę postarzał. Wiek widać tylko w metryce, bo na parkiecie ciągle robi swoje i ma dużą szansę na zdobycie już siódmego w swojej karierze mistrzostwa Polski.

Urodzony w 1980 roku w Bydgoszczy były wieloletni zawodnik sopockiego klubu w Finałach PLK występuje właśnie już dziewiąty raz. Zdobył już sześć tytułów mistrza Polski (lata 2004-2008) i pod tym względem goni swojego idola, Adama Wójcika. Będzie mu pewnie trudno przegonić popularnego "Oławę", ale cały czas wszystko jest jak najbardziej możliwe. Tym bardziej, że tych 34 lat na karku u Dylewicza póki co kompletnie nie widać. Jak zauważył Filip Jedliński na Twitterze, w porównaniu do poprzedniego roku "Dylu" w playoffach obecnie gra fenomenalnie. Rok temu zdobywał w decydującej fazie tylko niecałe 9 punktów, a skuteczność w rzutach za trzy miał na fatalnym poziomie 18%. Teraz wygląda wszystko o niebo lepiej: 15,1 punktów średnio na mecz przy aż 49% skuteczności w rzutach z dystansu. Od razu przekłada się to na wynik zespołu, w ubiegłym sezonie Trefl odpadł przecież już w ćwierćfinale, a teraz PGE Turów Zgorzelec jest po dwóch spotkaniach w znakomitej sytuacji wyjściowej, by po raz pierwszy w swojej historii zdobyć upragnione mistrzostwo Polski. Bo obecnie w polskiej lidze nie ma drugiego człowieka, który wiedziałby lepiej jak tego dokonać niż Dylewicz. Oczywiście wynik w rywalizacji 2-0 ze Stelmetem Zielona Góra jeszcze niczego nie przesądza. Jednego w tym wszystkim można być pewnym - "Dylu" zawsze grał o  pełną stawkę i zgromadził przez całą karierę imponującą kolekcję różnych znaczących triumfów.

Zdobywanie tytułów to wręcz "koszykarskie DNA" Filipa Dylewicza. Tak było już w czasach juniorskich, kiedy w latach 1998-2000 Trefl Sopot trzykrotnie z rzędu zdobywał Mistrzostwo Polski Juniorów. Do 21. roku życia mógł pochwalić się także zdobyciem dwukrotnie Pucharu Polski. Start dorosłej kariery istnie rewelacyjny. Według Trefla młodzież, która zdobywała juniorskie tytuły, miała stanowić też o sile seniorskiego składu, które według planów miał zdobyć mistrzowski tytuł w 2005 roku. Takie były wizje pod koniec lat 90-tych i jeszcze w 2000 roku. Triumf w PLK przyszedł nawet jeszcze szybciej, bo już w 2004 roku. Nie było już prawie jednak w składzie "złotych juniorów" Trefla. Prawie, bo czasy się zmieniały, zespół robił się coraz silniejszy, słabsze ogniwa odpadały, ale w składzie nadal był Filip Dylewicz. Tak pozostało do momentu utworzenia dwóch osobnych klubów w Trójmieście. Od 2002 aż do 2009 roku bydgoszczanin tylko raz nie występował w bezpośredniej walce o tytuł. Powrócił do występów w Finałach z już nieco innym Treflem Sopot dwa lata temu, a obecnie zalicza swój już dziewiąty występ na tym etapie, ale po raz pierwszy występując poza Trójmiastem. To też dla niego nowa sytuacja, dzięki której Dylewicz może udowodnić sceptykom jego talentu, że może wygrywać wszędzie, także wychylając nos poza Trójmiasto, z którym już zawsze będzie kojarzony.

"Dylu"  w drugim spotkaniu ze Stelmetem trafił być może na razie najważniejszy rzut w tej serii. Jego celna trójka spowodowała, że w samej końcówce Turów zamiast nerwowej gry na styku "odjechał" na sześć punktów przewagi, co w praktyce oznaczało już zwycięstwo drużyny ze Zgorzelca. Zresztą co za paradoks - kiedyś Dylewicz stał w Zgorzelcu po drugiej stronie, gdy występował w Prokomie Treflu Sopot w pamiętnych Finałach PLK w 2008 roku, które były prawdopodobnie najlepsze w ostatnich kilku latach. Wówczas chyba nikt się nie spodziewał, że minie kilka sezonów i Dylewicz będzie przesądzał o zwycięstwie Turowa. Wtedy w 2008 roku został nawet MVP Finałów, choć w sopockiej drużynie występowali jeszcze lepsi zawodnicy, jak choćby Milan Gurovic. Dziś także to nie Dylewicz jest najlepszy w swoim zespole, bo taką rolę przejął J.P. Prince. Bez odpowiedniego wsparcia nie doszłoby jednak do takiej sytuacji jak wczoraj, gdy żaden silny skrzydłowy zielonogórzan praktycznie nie istniał na parkiecie. To tez ogromna zasługa byłego reprezentanta Polski, który jest jednym z głównych elementów układanki trenera Miodraga Rajkovicia

Nie wiadomo jeszcze jak zakończy się rywalizacja w Finałach Tauron Basket Ligi 2014, ale kto zamierza zagrać za rok na tym etapie rozgrywek, powinien koniecznie zatrudnić 34-letniego skrzydłowego. Kiedyś w filmie "Czarodziej z Harlemu" użyto zdania "kto murzyna ma, u tego murzyn gra". Później gwarancją zdobycia mistrzostwa Polski było posiadanie w składzie Adama Wójcika, który potrafił zdobyć mistrzostwo w Pruszkowie, Wrocławiu i Sopocie, już zresztą podczas wspólnej gry z młodszym o czternaście lat Dylewiczem. Żadną przesadą nie powinno być luźne stwierdzenie "kto Dylewicza w składzie ma, ten w Finałach gra", nieco parafrazując słowa ze wspomnianego filmu w reżyserii Pawła Karpińskiego. Nie zawsze w tych Finałach wygrywał, nawet nie występował co roku, ale i tak w porównaniu do jakichś 99% innych koszykarzy nadmiernie często. Aż trudno uwierzyć, że czas minął tak szybko i z utalentowanego dzieciaka stał się nieoczekiwanie ikoną ligowej koszykówki. Na dodatek Filip Dylewicz spokojnie może pograć na tym poziomie jeszcze kilka lat i tylko powiększać swoją już pokaźną listę zdobytych trofeów.

piątek, 30 maja 2014

Ranking koszykarskiej literatury.


W związku z rozgrywanym w Polsce turniejem EURO 2012 zdecydowanie w tamtym czasie można było zauważyć niespotykany wcześniej boom na książki o tematyce sportowej. Dotyczyło to szczególnie piłki nożnej, ale i będąca mocno w cieniu koszykówka skorzystała na pojawieniu się nowemu trendu. W niecałe dwa lata polscy fani otrzymali kilka pozycji, które znacznie wzbogacają skromną dotychczas koszykarską literaturę. Która z siedmiu wydanych relatywnie niedawno książek zasługuje na największe uznanie?

7. Maciej Noskowicz "Droga do złota. Zielonogórska koszykówka w ekstraklasie." Zielona Góra 2013.

Zastanawiałem się, czy włączyć do tego zestawienia "Drogę do złota" z jednego powodu - książka ma raczej charakter lokalny, podobny do pozycji wydanej z okazji koszykarskiego jubileuszu w Pruszkowie. Przeważył fakt, że jednak jest to lektura poświęcona mistrzowi Polski i którą można spokojnie nabyć także nie będąc z Zielonej Góry. Widzę trzy największe plusy w pracy Noskowicza: świetne wydanie (twarda okładka, kredowy papier), archiwalne zdjęcia oraz przede wszystkim najmocniejszy punkt programu, czyli wywiady z postaciami, które przez lata były kojarzone z ekstraklasową koszykówką w Zielonej Górze. Sporo jest poruszonych tam wątków kontrowersyjnych, zaczynając od relacji na linii Tadeusz Aleksandrowicz - Mariusz Kaczmarek, przez postacie Dragana Visnjevaca, Grzegorza Chodkiewicza, a na wątku Waltera Hodge'a kończąc. Wywiady czyta się świetnie, widać, że po latach zawodnicy, trenerzy i działacze często nie bawili się już w dyplomatów. Dlaczego więc "Droga do złota" jest sklasyfikowana na siódmym miejscu? Opisywane są tylko lata w ekstraklasie, a tych nie było aż tak wiele. Zastal nie miał jakichś zresztą wielkich wyników w ekstraklasie, dlatego myślę, że autor nie musiał wykonać aż tak gigantycznej pracy jak choćby autorzy książek typowo reporterskich. Tu w zasadzie do wszystkiego wystarczyły archiwalia lokalnej prasy ("Gazeta Lubuska"). Są opisywane sezon po sezonie wszystkie wyniki i to jest poprawne, aczkolwiek nie wybitne podejście. Spokojnie jednak dla każdego, kto chciałby zapoznać się z historią zielonogórskiego basketu, jest to pozycja obowiązkowa.

6. Marcin Harasimowicz "LeBron James. Król jest tylko jeden?" Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014.

Książka, która jeszcze przed wydaniem wzbudzała w Polsce trochę kontrowersji, choć nie aż tyle ile słynna "Decyzja" z 2010 roku głównego bohatera. Przecież jak Polak może zabierać się za biografię supergwiazdy NBA, toż to istne szarganie świętości, niektórzy chcieliby pewnie tak powiedzieć. Bałem się, że z tego powodu będzie totalna klapa. Arcydzieło to na pewno nie jest, ale w sumie jak widzę wiele wydawniczych bubli o tematyce piłkarskiej, które wydaje się w Polsce, to aż tak tragicznie w przypadku książki o LBJ nie jest. Jasne, że autor miał na starcie utrudnione zadanie, bo to, że jest się akredytowanym na mecze NBA jak Marcin Harasimowicz, nie sprawia, że zaraz będzie popijało się drinki z gwiazdami o NBA po nocach jak Jack McCallum. To nie ten poziom, ale warto tą książkę przeczytać. Nie jestem wielkim wyznawcą Jamesa, więc nie znam jego całej ścieżki kariery od lat młodości. U Harasimowicza mamy to w dużym skrócie, dość pobieżnie "ślizgamy się" przez jego całą karierę. Nie znajdziemy tu głębokich analiz, raczej opisy mecz po meczu, sezon po sezonie. Dobra okazja, by uporządkować sobie karierę LeBrona w jednym miejscu. Tak traktuję tą pozycję - pewnej części ciała nie urywa, ale jako wstęp do poznania kariery lub poczytania czegoś głębszego nadaje się nieźle. Znajduje się także w środku książki trochę wywiadów i z nimi mam ciężki orzech do zgryzienia. Część wywiadów się broni, ale z dużej części wieje nudą. Czytamy potem, jak przystało na Amerykanów, patetyczne słowa, pochwały dla innych, ale nic to nie wnosi. Szczególnie dotyczy to zawodników. Rozumiem, że pewnie było to dyktowane czasem rozmów, które trudno nazywać "ekskluzywnymi". Przyznam, ze zdecydowanie lepiej wypadają wywiady z amerykańskimi dziennikarzami, którzy nie owijają w bawełnę. Generalnie książek poświęconych koszykówce nigdy nie za wiele, więc jako uzupełnienie domowej biblioteczki jak znalazł.

5. Dennis Rodman, Jack Isenhour "Dennis Rodman. Powinienem być już martwy" Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013.

Książka, w której więcej przeczytam o Carmen Electrze niż o mistrzowskich sezonach Chicago Bulls. To mówi wiele o tej pozycji. Tu koszykówka jest tylko tłem dla wiecznego melanżu, którego wielkim amatorem był Dennis Rodman. Człowiek, który latał między meczami do Las Vegas, po to, by tylko wydać solidny plik banknotów, a w międzyczasie zdobywał kolejny mistrzowski pierścień. Opowieści, które są zawarte w książce, pewnie jakieś 98% żyjących ludzi na ziemi nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić. Jest ciekawie, czyta się bardzo szybko, ale zamiast zaliczenia kolejnej niewiasty, wolałbym przeczytać o zaliczeniu meczu z 20 zbiórkami i rywalizacji z Frankiem Brickowskim. Trochę tylko Rodman "przejechał się" po Dallas, San Antonio, wspomina o Bulls, Philu Jacksonie, ale nie jest to motyw przewodni. Ma to jednak swój plus, gdy już śledzimy losy Rodmana po zakończeniu przygody z NBA. Jak chciał wrócić, ale nieustannie nie był w stanie z powodu przegrywania walki z nałogiem. Mankamentem może być dla polskich czytelników fakt, że jest to już książka mająca swoje lata długo przed wydaniem jej wiosną 2013 roku w naszym kraju. Podsumowując można trochę porównać to dzieło do niezbyt ambitnych komedii - nie jest to kunszt literatury, tylko prosta rozrywka. Tak jak Dennis Rodman, w gruncie rzeczy prosty, ale bardzo rozrywkowy gość.

4. Jacek Antczak "Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty" Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013.

Pierwsza biografia polskiego koszykarza w ogóle. Wybór padł na Adama Wójcika. Książka jest obszerna niczym długoletnia kariera popularnego "Oławy" - liczy aż 380 stron. Ciekawostką jest fakt, iż autor sam przyznaje się do tego, że o koszykówce nie ma wiele pojęcia. Można to zauważyć przy jednej z rzeczy, która mnie osobiście razi, a mianowicie chodzi o podawanie po każdym sezonie sumy punktów. Od dawna wiadomo, że w koszykówce nie najważniejsze są sumy, tylko średnie i to one są bardziej miarodajne. Do mankamentów zaliczyłbym aż za bardzo wręcz "boski" obraz Wójcika. Tak jakby Wójcik nie miał minusów, był aniołem, wręcz takie odniosłem wrażenie czytając tą książkę. Jak słabiej zagrał to kontuzja, problemy z trenerem, a rzadziej po prostu forma sportowa, której pod koniec kariery już nie dało się oszukać - to już był inny, słabszy Wójcik. Za to plusem jest opis tych wcześniejszych lat, kiedy Wójcik debiutował jeszcze w późnym PRL-u. Ten okres oraz czas transformacji, przejście do Pruszkowa to mocne punkty książki. To przełomowe czasy dla polskiej polityki, ale tez całego polskiego sportu, o czym mogli przekonać się koszykarze. W tych opisach lat 80 i 90-tych czuć pozytywny klimat. Wójcik do tych opowieści nadawał się idealnie, wszak z niejednego koszykarskiego pieca jadł chleb, sporo w tamtych latach widział. Na pewno widać ogromną pracę, którą wykonał Jacek Antczak. Gołym okiem da się zauważyć, że musiał sporo czasu poświęcić na przeglądaniu archiwaliów, szczególnie prasy. Zastanawiam się tylko, czy nie książka nie jest za długa? Sporo zajmują opisy poszczególnych meczów, a subiektywnie ocenię, że takie kwestie w biografiach mnie interesują mniej niż rozbudowane przemyślenia i rozmowy z głównym bohaterem. Pierwszej biografii polskiego zawodnika nie sposób jednak ignorować. Tą pozycję powinien posiadać każdy, kto mieni się fanem polskiej koszykówki.

3. Shaquille O'Neal, Jackie MacMullan "Shaq bez cenzury" Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013.

To pierwsza koszykarska pozycja wydana przez krakowskie Wydawnictwo SQN. I do tej pory także jedna z najlepszych. Chciałbym, żeby tak wyglądała większość biografii poświęconych zawodnikom. Nie brakuje własnych przemyśleń, ocen i cały czas motywem przewodnim jest sport. U Shaqa tak właśnie jest. Szczególnie sporo dowiadujemy się o okresie występów w Los Angeles Lakers, gdzie był mocno skonfliktowany z Kobe Bryantem. Nazwisko Bryant jest na pewno jednym z najczęstszych, jeśli nie najczęstszym, które pojawia się w książce. Cały czas jednak jest ciekawie. Trochę gorzej to wygląda z opisem ostatnich sezonów, ale wtedy też O'Neal nie pełnił już takiej roli dominatora jak w Lakers, czy wcześniej w Orlando Magic. "Shaq bez cenzury" to solidny opis jednej z największych gwiazd ostatnich dwudziestu lat światowego sportu. Choć idealnie też nie jest. Shaq wywalczył przecież mistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, a o tym praktycznie nic w środku nie znajdziemy. Trochę też O'Neal stara się siebie w każdej sytuacji "wybielić". Winny był Pat Riley, nie on, winny był Kobe, a nie on i tak w kółko. Mimo to cały czas, od pierwszej do ostatniej strony ta pozycja trzyma poziom. Poruszanych jest wiele spraw już zamierzchłych jak rywalizacja w NCAA z Christianem Leattnerem, pamiętne niecelne rzuty wolne Nicka Andersona w NBA Finals 1995, airballe Bryanta w NBA Playoffs 1997, medytowanie u Phila Jacksona, poziom tkanki tłuszczowej u Pata Rileya. Zaglądamy dzięki temu nieco do kulis najlepszej ligi świata. Przez te lata chyba nikt nie był  tam bardziej wyrazistą postacią niż Shaq. Dlatego powstała tak dobra książka.

2. Łukasz Cegliński, Marek Cegliński "Srebrni Chłopcy Zagórskiego" Studio AWP, Warszawa 2013.

Syn i ojciec stworzyli unikatowe dzieło. Wbrew wszystkiemu stworzyli książkę, której temat pod względem komercyjnym kompletnie nie był nośny. Pewnie dlatego ponoć sprzedało się jej do tej pary tak mało sztuk... Jeśli to prawda, to naprawdę szkoda, bo mamy do czynienia z jedną najlepszych sportowych książek wydanych przez polskich autorów na pewno w 2013 roku, a może nawet w ostatnich latach. Ceglińscy, co od razu daje się wyczuć po zapoznaniu się z kolejnymi stronami, wykonali kawał pracy nad książką, musieli sporo czasu poświęcić na rozmowy z bohaterami, którzy przyczynili się do wicemistrzostwa Europy zdobytego przez reprezentację Polski w 1963 roku. Oczywiście najważniejsza w książce jest koszykówka, ale poznajemy nieco przy okazji też smak (dość gorzki) życia w PRL-u w czasach "małej stabilizacji" jak określało się okres po objęciu władzy przez Władysława Gomułkę. To książka reporterska, w której dużą rolę pełnią wypowiedzi obecnych Panów po siedemdziesiątce. Warto docenić, że Ceglińscy wyruszyli na zbadanie wręcz nieodkrytego wcześniej lądu. Mimo to z niezbyt nośnego obecnie tematu potrafili stworzyć coś, co docenili nie tylko koszykarscy kibice, ale tez fani sportu w ogóle. Książka była wydana praktycznie "własnym sumptem" i zapewne też to miało wpływ na jej sprzedaż. Cały czas mam nadzieję, że ta książka otrzyma jeszcze drugie życie i dotrze do większego kręgu odbiorców.

1. Jack McCallum "Dream Team" Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013.

Dream Team z Barcelony to najlepszy zespół koszykarski w historii, tak więc książka na ten temat też nie może być byle jaka. McCallum wykonał fantastyczną robotę i "Dream Team" spokojnie można nazwać arcydziełem koszykarskiej literatury. Mamy ekskluzywne rozmowy z bohaterami igrzysk w Barcelonie, rozmaite kulisy przygotowań do turnieju, szczegółowy do bólu opis "najwspanialszego meczu, którego nikt nie widział". Opus magnum, jeśli chodzi legendarny zespół. Znakomicie pokazuje jak różne charaktery znalazły się w jednym zespole, tylko po to, by trochę nieświadomie spowodować koszykarski boom na całym świecie. Autor przedstawia całą dwunastkę z perspektywy roku 1992, ale także odwiedza ich po latach, w 2011 roku, dzięki czemu poznajemy od kuchni cały Dream Team. Albo z innej beczki - Sarunas Marciulonis załatwiający koszulki dla reprezentacji Litwy w studiu nagraniowym Grateful Dead, w którym było czuć tylko zapach zioła. Jeśli jest jakaś koszykarska książka, którą trzeba obowiązkowo znać, w pierwszej kolejności odpowiedziałbym, że "Dream Team" Jacka McCalluma.

poniedziałek, 26 maja 2014

"Koszykarskie książki w Polsce pojawiły się dzięki pasjonatom" - wywiad z Piotrem Stokłosą, autorem bloga Książki Sportowe.


Od drugiej połowy 2012 roku w Polsce wydano więcej książek poświęconych koszykówce, niż przez wiele poprzednich lat. Dzięki temu poznaliśmy kulisy i historię legendarnych graczy NBA, a także losy wybitnych polskich koszykarzy z przeszłości. O koszykarskiej literaturze, wydanych pozycjach w Polsce, specyfice polskiego rynku wydawniczego opowiada Piotr Stokłosa, autor bloga ksiazkisportowe.blogspot.com, który (jak wskazuje tytuł) w całości poświęcony jest wyłącznie sportowej literaturze.

Zajmujesz się na swoim blogu opisywaniem książek sportowych. Czytałeś także pozycje poświęcone koszykówce. Prywatnie jesteś zagorzałym fanem basketu, oglądasz mecze, masz lub miałeś ulubione drużyny?

Trudno nazwać mnie zagorzałym fanem basketu. Przyznam szczerze, że koszykówka nie należy do moich ulubionych dyscyplin sportowych, rzadko oglądam jej mecze. Nie znaczy to oczywiście, że w ogóle się nią nie interesuję, ale na pewno nie mam w tym temacie rozległej wiedzy. Jak każdy fan sportu wiem mniej więcej, co dzieje się w świecie koszykówki, kto jest kim, która drużyna zdobywa mistrzostwo Polski, a która rządzi w NBA. Na tym kończy się jednak moje zainteresowanie basketem, choć kiedyś było z tym znacznie lepiej. Pamiętam, że mając 10-11 lat nieco uważniej śledziłem rozgrywki. To był okres, kiedy w Stanach Zjednoczonych dominowała drużyna Phila Jacksona - Los Angeles Lakers z Shaquillem O'Nealem i Kobe Bryantem w składzie. Więc jeśli mowa o jakichś klubowych sympatiach, to przez wzgląd na tamte czasy wskazałbym na ten zespół. Pamiętam, że zawsze wybierałem "Jeziorowców" w grze "NBA 2002" na PlayStation. Pewnie dlatego, że byli najlepsi, a moje umiejętności kierowania wirtualnymi zawodnikami na parkiecie były co najwyżej przeciętne (śmiech).

Którą z wydanych koszykarskich książek po 2012 roku w Polsce uważasz za najlepszą, a którą za najsłabszą i dlaczego?

Do najlepszych zaliczyłbym dwie: "Srebrnych Chłopców Zagórskiego" Marka i Łukasza Ceglińskich oraz "Dream Team" Jacka McCalluma. Pierwszą z nich uznałem nawet za najlepsza sportową pozycję , która ukazała się w ubiegłym roku. Fakt, było to jeszcze zanim przeczytałem książkę o koszykarskiej drużynie Stanów Zjednoczonych z 1992 roku, która bardzo mi się spodobała, ale gdybym miał postawić na jedną, wybrałbym tę polskich autorów. Być może trochę w tym pobudek patriotycznych, bo bardzo lubię czytać o rodzimym sporcie, a o okresie PRL-u to już w ogóle. Wydaje mi się jednak, że obie są porównywalnie dobre, bo to publikacje reporterskie, w które autorzy włożyli mnóstwo pracy. To procentuje. Obie są w podobnej formie, ale zarazem diametralnie różne, jeśli chodzi o tematykę. Od tego, czym dany fan basketu bardziej się interesuje, zależeć będzie pewnie to, która książka mocniej go wciągnie. Najgorsza? Trudno powiedzieć.Chyba autobiografia Dennisa Rodmana, bo moim zdaniem trochę zagalopował się w chęci bycia do bólu kontrowersyjnym.

Wiem, że na swoim blogu bardzo dobrze pisałeś o biografii Adama Wójcika pod tytułem "Rzut bardzo osobisty". Są o niej różne opinie - jedni są zachwyceni, ale nie brakuje także sporej ilości głosów krytycznych. Co podoba Ci się akurat w tej konkretnej książce?

Podoba mi się w niej to, co zrobił autor - Jacek Antczak. Wykonał ogromną pracę, czego efektem jest naprawdę gruba i rzetelna biografia. Owszem, pojawiły się w niej błędy, o istnieniu których mówił potem sam dziennikarz, ale można je wybaczyć, zważywszy na liczbę stron tej publikacji. Mimo tego, że słabo znał się na koszykówce, moim zdaniem Jacek Antczak dobrze wywiązał się ze swojej roli.

Prywatnie wolisz czytać bardziej stonowane książki w stylu "Rzutu bardzo osobistego" Jacka Antczaka czy ostrą jazdę pełną rozmaitych kulis ( gdzie sport jest tylko tłem), wyłaniających się z książki Dennisa Rodmana?

Nie mam nic przeciwko kontrowersyjnym biografiom. Powiem więcej - wolę nawet, kiedy autor takiej książki nie zawsze ma po kolei w głowie. Można z nich dowiedzieć się zazwyczaj ciekawszych rzeczy niż ze wspomnień ułożonych sportowców, którzy nigdy w życiu nie brali udziału w żadnym skandalu, a jedyną rysą na ich karierze jest to, że raz spóźnili się na trening. To nie jest jednak regułą. Taki Dennis Rodman moim zdaniem przesadził, bo ciągle pisał o tym samym - seks, alkohol, imprezy. Wokół tych tematów kręci się jego autobiografia, ale po kilkudziesięciu stronach to staje się po prostu nudne. Bohater jest przewidywalny, wiadomo, jak zachowa się w danej sytuacji. No i w przypadku "Powinieneś być już martwy" w niektórych momentach koszykarz zwyczajnie przekroczył granicę dobrego smaku. Surowy makaron w tyłku? Mógł oszczędzić czytelnikom takich szczegółów...

Jest jakiś zawodnik, wątek koszykarski, o którym chciałbyś, żeby powstała książka?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem... Może o jakiejś legendzie koszykówki? Może o polskim zawodniku, bo przecież Adam Wójcik był pierwszym polskim koszykarzem, o którym powstała biografia? Myślę, że ciekawą rzeczą, może nawet jeszcze nie dziś, ale za kilka lat, byłaby autobiografia Marcina Gortata. Po wspomnienia tego sportowca sięgnąłbym z wielką ochotą, zważywszy na to, że ma okazję poznać smak gry na najwyższym światowym poziomie. Miałby pewnie wiele do opowiedzenia, bo pamiętam jakiś wywiad z nim sprzed lat, bodajże zamieszczony w "Magazynie Sportowym", który ukazywał się w piątki z "Przeglądem Sportowym". Wtedy grał jeszcze w Niemczech, w RheinEnergie Kolonia. W rozmowie z dziennikarzem dziennika opowiadał o swoich początkach w Łodzi, o ojcu, który był pięściarzem i medalistą olimpijskim z Monachium i Montrealu, o tym, jak za młodu jeździł "maluchem" i jakim cudem się do niego mieścił. Była to naprawdę bardzo ciekawa rozmowa i po jej przeczytaniu chciałem nawet napisać do Gortata z prośbą o przesłanie pamiątek, bo na końcu wywiadu była informacja, że odpisuje i przysyła gadżety wszystkim fanom. Kiedy jednak wszedłem na jego stronę po kilku dniach, była na niej informacja, że już tego nie robi, bo po publikacji wspomnianej rozmowy został zasypany masą próśb kibiców z Polski (śmiech). Nie skorzystałem więc z jego hojności, ale zapamiętałem go na lata i cieszę się, że robi teraz taką karierę w NBA. Oby kiedyś napisał o tym książkę.

Jak według Ciebie można wytłumaczyć fakt, że akurat o baskecie wychodzi całkiem dużo (oczywiście poza piłką nożną) książek w Polsce? Dużo bardziej obecnie popularna siatkówka lub piłka ręczna pod tym względem są za koszykówką nieco w tyle. Masz jakieś swoje zdanie na temat tej dość zaskakującej sytuacji?

Tych książek pojawiło się trochę w ostatnim czasie, ale spójrzmy na to, kto je wydaje. Pięć z nich ukazało się nakładem Sine Qua Non, a cztery z nich były poświęcone NBA. Z tego co wiem, wielkim pasjonatem amerykańskich rozgrywek jest Przemysław Romański z krakowskiego wydawnictwa i to właśnie jego pasji kibice w Polsce zawdzięczają fakt, że ukazały się u nas takie książki jak "Dream Team" czy wspomnienia Shaquille'a O'Neala. Jeszcze w tym roku SQN ma wydać kolejną pozycję o NBA, a konkretnie o Michaelu Jordanie. Znalazł się więc tam ktoś, kto interesuje się taką tematyką i tylko dlatego te książki pojawiają się na naszym rynku. Oczywiście nie jest tak, że jest to działalność filantropijna. W przypadku Sine Qua Non na pewno da się zarobić na publikacjach o koszykówce, szczególnie, jeśli mówimy o NBA, bo to wydawnictwo ma ugruntowaną pozycję rynkową. Patrząc jednak na pozostałe dwie książki, które wydane zostały tzw. "własnym sumptem" przez autorów - "Droga do złota" Macieja Noskowicza i "Srebrni chłopcy Zagórskiego" - mam poważne wątpliwości, czy przyniosą one twórcom fortunę. Owszem, to nie jest najważniejsze, ale ma to proste przełożenie na liczbę wydawanych w Polsce publikacji o baskecie. Gdyby był to złoty interes, już dawno wydawałyby podobne książki i to na masową skalę. Popatrzmy na piłkę nożną. Kiedyś mieliśmy może z dziesięć premier na pół roku. W tym miesiącu ukazało się 14 pozycji o futbolu! Na ten rynek zaczynają wchodzić wydawnictwa, które istnieją od wielu lat, ale nigdy nie wydały żadnej książki o piłce. To oznacza, że jest koniunktura na tego typu publikacje. W przypadku koszykówki raczej trudno o tym mówić. Żal serce ściska, kiedy słyszę, że tak świetna książka jak "Srebrni chłopcy Zagórskiego"  sprzedała się przez pierwsze trzy miesiące w nakładzie 400 sztuk... Byłem teraz na Warszawskich Targach Książki, gdzie pozycję Ceglińskich można było nabyć na stoisku Wydawnictwa Kopalnia. Zapytałem, ile osób kupiło tą publikację i okazało się, że w ciągu trzech dni zainteresowało się nią ledwie kilku ludzi. To jest dramat, choć zgodzę się, że z koszykówką nie jest jeszcze tak źle. W przypadku książek o siatkówce czy piłce ręcznej byłoby jeszcze gorzej. Nie doszukiwałbym się jednak w zjawisku pojawiania się sporej liczby publikacji o baskecie jakiegoś wzrostu koniunktury. To wszystko dzięki pasjonatom, którzy albo decydują się o koszykówce pisać, albo książki o tej tematyce  przekładać i wydawać w Polsce.

Jesteś w trakcie czytania biografii LeBrona Jamesa. Sporo osób ze środowiska na Twitterze nie pozostawiło suchej nitki na tej książce. Uważasz, że pisanie biografii gwiazdy NBA przez polskiego dziennikarza niejako z automatu skazuje taką pozycję na dużo słabszą wartość merytoryczną? Żaden polski dziennikarz nie jest tak blisko NBA, by toczyć wielogodzinne rozmowy z LBJ i innymi wielkimi postaciami z NBA, jak robił to np. Jack McCallum, autor "Dream Teamu".

Trudno tak naprawdę ocenić Marcina Harasimowicza w przypadku tej biografii, bo ciężko połapać się, które wypowiedzi zaczerpnął z innych źródeł, a które są efektem przeprowadzonych przez niego rozmów. Zakładam, że na pewno jego autorstwa są wywiady znajdujące się na końcach niektórych rozdziałów. Przeczytałem dopiero 1/3 książki, dlatego nie chciałbym się wypowiadać na temat moich odczuć. To można zrobić dopiero po skończeniu lektury. A czy można napisać dobrą książkę, nie będąc bardzo blisko opisywanej postaci? Pewnie można, ale to bardzo trudne zadanie. Ciężko porównywać w ogóle to, co napisał Harasimowicz do książki Jacka McCalluma. Amerykanin przebywał z zawodnikami "Dream Teamu" na co dzień, odwiedzał ich w domach, stał się ich przyjacielem, niemal częścią drużyny, więc nic dziwnego, że mogli powiedzieć mu więcej, niż jednemu z wielu innych dziennikarzy. Znał opisywanych bohaterów niemal na wskroś, a to ogromna zaleta, o którą niezwykle trudno. Moim zdaniem najlepsze książki to takie, w których autor zawiera informacje, których nie da się znaleźć nigdzie indziej. Do tego potrzeba oczywiście poświęcenia, czasu, a także, nie ukrywajmy, kontaktów. Szczególnie, jeśli opisuje się taką gwiazdę światowego sportu jak LeBron James. Tworzenie jego biografii na pewno nie jest pracą łatwą, ale to oczywiście nie oznacza, że nawet korzystając z informacji zawartych w prasie, internecie czy innych ogólnodostępnych źródłach, nie da się napisać dobrej książki. Owszem, da się, ale mam duże wątpliwości, czy taka publikacja może zyskać miano wybitnej. Raczej nie, bo do tego trzeba czegoś ekstra, co wyróżni ją na tle pozostałych.

Dziękuję za rozmowę.

piątek, 23 maja 2014

Jak trudno wygrać Euroligę.


Tegoroczne Final Four Euroligi zgromadziło - jeśli chodzi o koszykarską Europę - uczestników wyłącznie (nawiązując do boksu) wagi ciężkiej. FC Barcelona, Maccabi Tel Awiw, CSKA Moskwa i Real Madryt to jedne z największych klubów na Starym Kontynencie. Po raz trzeci z rzędu jednak nie zwyciężył stawiany na pierwszym miejscu faworyt, tylko atakujący z cienia "czarny koń".

W Final Four zawsze grają najlepsze zespoły i nikt przypadkiem się tam nie dostanie. Mimo to zawsze można znaleźć zespół, który uchodzi za faworyta. W zasadzie jakąkolwiek przypadkowość wyklucza sam system rozgrywek, który do bólu faworyzuje te drużyny, które nie schodzą poniżej poziomu przez dobre pół roku. To nie piłkarska Liga Mistrzów, gdy czasami można wygrać nieoczekiwanie jeden dwumecz i już jest się w ćwierćfinale. By znaleźć się w Top 8 Euroligi trzeba pokazać klasę w morderczych czternastu spotkaniach. Formuła rozgrywek jest niezwykle sprawiedliwa i właściwie bardzo rzadko można znaleźć w czołowej czwórce kopciuszka, słabeusza odstającego zdecydowanie od pozostałych. W zakończonym w niedzielę turnieju w Mediolanie wystąpiły zespoły, które od momentu utworzenia "nowej" Euroligi (od sezonu 2001/2002) do 2013 roku wystąpiły łącznie w finale tych rozgrywek aż 13 razy. Dodatkowo w latach 2002-2013 tylko raz zdarzyło się, że w Final Four nie zagrały co najmniej dwa zespoły z tegorocznego składu. Miało to miejsce w 2007 roku, kiedy do tego etapu rozgrywek awansowało tylko CSKA Moskwa, natomiast zabrakło kogokolwiek z trójki - Barcelona, Real i Maccabi.

Szczególne są trzy ostatnie edycje Final Four, bo mimo wyrównanej stawki i tak szybko namaszczono głównych faworytów. Tylko za każdym razem wygrywał kto inny: w 2012 roku nie fenomenalne wówczas CSKA Moskwa, tylko sensacyjnie Olympiacos Pireus, rok później nie faworyzowany Real Madryt, tylko ponownie zespół z Pireusu, a w niedzielę miano najlepszego zespołu Europy przypadło niespodziewanie Maccabi Tel Awiw i to kosztem wielkiego w tym sezonie Realowi Madryt. Wyżej było o niezwykle sprawiedlwiej formule rozgrywek, ale trzeba przyznać, że w Final Four decyduje dyspozycja dnia. Tu nie gra się pięciomeczowej serii, tu nie ma miejsca na jakikolwiek margines błędu. Jeśli taki błąd się przytrafi, na straty można spisać cały sezon. Bo w Europie są kluby, które awansu do czołowej czwórki wcale nie uznają za jakiś sukces - dla Realu lub CSKA liczy się tylko i wyłącznie końcowe zwycięstwo i kolejny puchar w  tak już bogato wyposażonej klubowej gablocie.

O tym, że trzy ostatnie edycje kończyły się finałem, który należało za każdym razem uznać za niespodziankę, dobrze świadczą liczby. W najlepszej czwórce w 2012 roku znalazły się zespoły Olympiacosu, CSKA, Barcelony i Panathinaikosu. Każda z tych drużyn przed Final Four rozegrała od 19 do 21 spotkań. Greckie kluby aż tak bardzo we wcześniejszych fazach nie zachwycały - 12 zwycięstw i 8 porażek to bilans Olympiacosu, natomiast wynik 14-7 to dokonania odwiecznego rywala z Aten. Co innego Barcelona i CSKA. Katalończycy wygrali aż 18 z 19 spotkań, a CSKA aż do Final Four legitymowało się wynikiem 18-2. To jednak nie Barca, nie "Armia Czerwona" cieszyła się z triumfu, tylko atakujący z cienia klub z Pireusu. Sytuacja powtórzyła się zresztą rok później. Ponownie Euroligę wygrał Olympiacos i ponownie awansował do Final Four z najsłabszym bilansem. Od sezonu 2012/2013 kluby rozgrywają już większą ilość spotkań, co sprawia, że aby awansować do finałowego turnieju, trzeba rozegrać minimum 27 spotkań. Tyle meczów właśnie wówczas rozegrał Real Madryt, z czego 20 zakończyło się zwycięstwem "Królewskich". Jeszcze lepiej prezentowały się w pierwszej fazie i Top 16 ekipy Barcelony i CSKA (bilanse 25-4 i 23-5). Olympiacos natomiast zaatakował z cienia. Nie zwracając uwagi na wielkich przeciwników, pokonał ich w półfinale (CSKA) oraz w finale (Real), mimo, że wcześniej z 29 potyczek zdążył przegrać 9 spotkań.

Ubiegłotygodniowy mediolański turniej był kolejnym potwierdzeniem, że najlepiej ostatnio przystępować do Final Four z... najsłabszym bilansem. Nie ma znaczenia, że od października furorę w Europie robił Real lub Barcelona i wszyscy zachwycali się grą tych zespołów. Juan Carlos Navarro i spółka mieli w fazie Top 16 fantastyczną serię zwycięstw, później w ćwierćfinale szybko odprawili Galatasaray Stambuł, ale jakie to ma znaczenie, skoro w półfinale polegli z Realem aż 62-100. Przed 16 maja Barca miała wynik 22 zwycięstw i 5 porażek i pod tym względem był to drugi najlepszy klub Euroligi w obecnym sezonie. Najlepszy był Real ze swoim wynikiem 24-5, a nieco słabsze było moskiewskie CSKA (22-7). A późniejszy triumfator, Maccabi Tel-Awiw? Z 28 spotkań podopieczni Davida Blatta wygrali "tylko" 19. Tylko nikt o tym już nie pamięta, w przeciwieństwie do tego, kto ostatecznie wygrał ten najważniejszy mecz, czyli finał Euroligi. Tu już znaczenia nie miały wcześniejsze dokonania, tylko forma dnia. I po raz trzeci z rzędu faworyt poległ z kretesem.

Olympiacos i Maccabi - w skali europejskiej wielkie firmy, ale czy to były zespoły, które były naprawdę najsilniejsze? Nawet Olympiacos z lat 2012-2013, który wygrał Euroligę dwukrotnie z rzędu, pewnie nie będzie kiedyś uznawany za jeden z największych zespołów XXI wieku. Nie zamierzam niczego ujmować ekipom z Pireusu czy Tel-Awiwu, ale przy obowiązującym systemie Final Four mimo wszystko zdecydowanie łatwiej o wygraną niż w serii do trzech zwycięstw. Trudno jednak o lepszą i bardziej fascynująca formułę - jeden weekend i mecze, w których nie można odpuścić choćby na minutę. W maju 2015 roku będzie podobnie. Głowni faworyci do końcowego sukcesu - patrząc na rozstrzygnięcia w ostatnich trzech latach - woleliby pewnie rozwiązanie stosowane choćby w NBA Finals.

niedziela, 18 maja 2014

Piekiełko w grodzie Bachusa.


Janusz Jasiński w Tauron Basket Lidze jest tak naprawdę od niedawna, ale miał już tyle kontrowersyjnych pomysłów i wypowiedzi, że mógłby obdzielić nimi wszystkich innych ligowych prezesów razem wziętych. Mało kto obecnie w TBL budzi tak skrajne emocje jak najważniejsza osoba w Stelmecie Zielona Góra.

Szkoda, że ogromna praca Janusza Jasińskiego, którą rozpoczął jeszcze, gdy zielonogórski basket był na dnie, jest dziś w cieniu różnego rodzaju "aferek", które co jakiś czas regularnie wychodzą z Zielonej Góry. Tylko, że sam Pan Jasiński chyba jest temu najbardziej winien. Szef rady nadzorczej spółki SSA Grono z koszykówką w Zielonej Górze związany jest od 2001 roku. Była ona wówczas w tym mieście w stanie agonalnym, kiedy Zastal zaliczył dwa razy z rzędu spadki - wpierw z PLK, a w sezonie 2000/2001 z pierwszej ligi. Jasiński to nie facet przywieziony z zewnątrz w teczce, tylko człowiek bez którego na pewno nie byłoby dziś mistrzostwa Polski, występów w Eurolidze, koszykarzy grających za naprawdę konkretne pieniądze w ledwie 120-tysięcznym mieście. Tego nikt Januszowi Jasińskiego nie odbierze. Zasłużył się niesamowicie, to jest niezaprzeczalny fakt. Na tym można byłoby zakończyć. Można byłoby, gdyby nie druga strona właściciela Stelmetu Zielona Grona. Strona budząca coraz więcej mieszanych uczuć.

Jasiński do pieca dorzucił w weekend, kiedy wydał zakaz rozmawiania przez koszykarzy ze znanym w Zielonej Górze redaktorem Jackiem Białogłowym z Radia Zachód. Mamy rok 2014, a właściciel klubu próbuje stosować metody rodem z poprzedniego systemu politycznego w Polsce. Można wszystko ładnie ubrać w słowa i teraz twierdzić coś w stylu "nie wprowadzam cenzury, tylko pewne standardy, które dotyczą każdego", ale przekaz tej "dyplomatycznej nowomowy" wydaje się jasny: będąc przy klubie nie można o nim pisać źle. Radia Zachód nie słuchałem już dawno, ale dobrą dekadę temu pamiętam jak zawsze różne mecze w wielu dyscyplinach relacjonował Jacek Białogłowy. Bo wprowadzenie jakiegoś "bana" na rozmowy to jedno, ale potraktowanie akurat tego człowieka jak trędowatego to druga kwestia. Białogłowy to nie jest pierwsza lepsza postać, tylko pewnie jedna z najbliższych, jeśli nie najbliższa do tej pory osoba wokół klubu, która nie pojawiła się przy drużynie w momencie sukcesów, tylko była tu dużo wcześniej. Ktoś powie, że właściciel miał takie prawo. Oczywiście Jasiński miał absolutne prawo podjąć taką decyzję, ale niech w klubie się potem nikt nie dziwi, że Stelmet znów po raz kolejny nie będzie miał dobrej prasy.

Nie można nie zauważyć, że problemy w Zielonej Górze są. W pierwszym sezonie po awansie klub budził jeszcze sympatię w Polsce, ale później między innymi po buńczucznych wypowiedziach szczególnie właściciela Jasińskiego pozytywny PR wokół klubu coraz bardziej siadał. Pewnie dlatego liczba widzów w hali CRS nie jest obecnie rewelacyjna, mimo posiadania przecież coraz silniejszego zespołu. Tym bardziej w momencie, gdy ta atmosfera nieco siadła, ciekawość, ale i zaskoczenie budzi koncepcja zbudowania wokół klubu stowarzyszenia kibiców opartego o model znany z piłkarskich klubów - FC Barcelony czy Benfiki Lizbona. Chodzi o "socios", czyli fanów, którzy z jednej strony płacą składki na rzecz klubu (oprócz normalnych biletów na mecze), a z drugiej mają realny wpływ na władzę w klubie. Ciekawy pomysł, tylko nie wmawiajmy ludziom, że Stelmet będzie drugą Barceloną, gdzie ludzie będą bić się przed sezonem o karnety lub z 8 milionami euro zagra w Final Four. Zresztą pierwszym prezesem stowarzyszenia kibiców został... Janusz Jasiński. Nigdy nie miałem przekonania do tworzenia inicjatyw fanowskich, które wychodzą bezpośrednio od władz klubowych, a nie oddolnie od samych kibiców. Władza w klubie, władza w stowarzyszeniu kibiców? Tak luźno porównując, przypomina to maniaka kontroli, który otrzymał władze absolutną.

Pomysły Pan Jasiński ma nietuzinkowe, można je jakoś rozważać, dyskutować o nich, ale wystarczy jego jedna wypowiedź, a przeciwko Stelmetowi po chwili jest pół koszykarskiej Polski. Wielu było już takich prezesów w polskim sporcie, co to weszli z przytupem, przy czym po pewnym czasie znikali. Zielona Góra to jedno z nielicznych miast w Polsce, w którym koszykówka była i jest praktycznie zawsze pod względem popularności przed piłką nożną, siatkówką i innymi dyscyplinami halowymi. Dobrze jest mieć marzenia o Final Four, ale w ten weekend Stelmet przegrał mecz nie w Final Four, tylko w półfinale TBL przy kiepskiej frekwencji we własnej hali. Po raz kolejny play-offy w Zielonej Górze nie przebiegają w sielankowej atmosferze. Wszyscy pamiętają poprzedni rok i zawieszenie Waltera Hodge'a. Czy w południowej stolicy województwa lubuskiego nie może być w najważniejszej części sezonu tak po prostu normalnie bez zbędnych "aferek", które budzą zniesmaczenie w całej Polsce?

poniedziałek, 5 maja 2014

Szaleństwo zwane NBA Playoffs.


To były szalone prawie trzy tygodnie w NBA. Niespodzianki, niesamowite zwroty akcji, kapitalne mecze oraz dramaturgia, której w sporcie ciężko z czymkolwiek porównać. To nie opis Finałów, to opis "tylko" pierwszej rundy. Apetyty rosną w miarę jedzenia i przed zbliżającymi się półfinałami konferencji poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko.

W pierwszej rundzie rozegrano łącznie aż 50 spotkań. Dzieląc to na osiem, wychodzi średnia 6,25 spotkań rozegranych w każdej parze! Pięć z ośmiu serii zakończyło się dopiero po siedmiu starciach, a jeśli gdzieś można mówić o rywalizacji do jednego kosza, to tylko wyłącznie w parze Miami Heat - Charlotte Bobcats, co było zresztą do przewidzenia. Nawet "polska" para, czyli Washington Wizards kontra Chicago Bulls nie zakończyła się i nie była tak łatwa jak wskazuje to końcowy rezultat 4-1 dla Wizards. To częściowo też były wojny, które równie dobrze mogły wygrać "Byki". Stało się inaczej i dzięki temu po raz pierwszy będziemy oglądać polskiego koszykarza mającego spory udział w grze zespole na etapie półfinałów konferencji. Oczywiście każdy doskonale pamięta, że Marcin Gortat grał nawet w Finałach NBA w 2009 roku, ale ówczesna rola z tą obecną w stolicy Stanów Zjednoczonych nie ma nic wspólnego. Polak robił po prostu swoje, choć jego zdobycze punktowe były mniejsze niż w sezonie regularnym. Gortat w pięciu spotkaniach przeciwko Bulls zdobywał średnio 10,8 punktów, zbierał 9,6 piłek, blokował tez dwie piłki na mecz. O sporej roli w Wizards najlepiej świadczy fakt, że średnio przebywał na parkiecie 36 minut. Więcej czasu spędzali tylko liderzy - Bradley Beal, Trevor Ariza i John Wall

Gortat jako najważniejszy element podkoszowej układanki będzie odgrywał tez ogromną rolę w drugiej rundzie przeciwko Indianie Pacers. Jeszcze niedawno na sam fakt, że rywalem będzie Roy Hibbert, wielu nie dawałoby szansy w tej rywalizacji polskiemu środkowemu. Pierwsza runda to był pokaz kompromitacji Hibberta jako zawodnika, który ma za sobą występy w All-Star Game. Zresztą cała ekipa Pacers wydaje się w aktualnej dyspozycji drużyną, która jest absolutnie w zasięgu Washington Wizards. Gdyby jednak udało się awansować ekipie Wizards aż do finału konferencji, byłaby to ogromna niespodzianka. Klub, który przez dobrych kilka ostatnich lat był na peryferiach zainteresowania każdego koszykarskiego fana, teraz stoi przed szansą znalezienia się już wśród prawdziwej elity klubów NBA. Jednym z tych, który może najwięcej na tym zyskać, może być właśnie Marcin Gortat. Każdy kolejny udany mecz łodzianina będzie podwyższać jego wartość rynkową i co za tym idzie – lepsze warunki kontraktu w lipcu. Gortat od dawna zapowiada, ze chce podpisac latem swoją umowę życia. Jeśli dobrze wypadnie także przeciwko Indianie, jest pewne, że po Polaka ustawi się kolejka chętnych gotowych wyłożyć na stół powyżej 10 milionów dolarów za sezon.

Rywalizacja w Eastern Conference i tak znajdowała się generalnie w dużym cieniu tego co działo się w Western Conference. A tam działo się naprawdę sporo. Rzut Damiana Lillarda na koniec szóstego spotkania i cała szalona seria Portland z Houston to tylko jeden z wielu niesamowitych momentów, tego co działo się na zachodzie. Ostatecznie poza Portland i tak zwyciężyli wyżej rozstawieni, czyli San Antonio, Oklahoma City Thunder i Los Angeles Clippers. Widząc te wszystkie mecze, aż żal, że w play-offach nie grały zespoły z konferencji zachodniej, które znalazły się poza czołową ósemką. Jest pewne, że takie Phoenix Suns dałoby więcej emocji niż kilka klubów na wschodzie razem wziętych. Te play-offy to także dobry moment do kolejnego podniesienia głosu na temat reorganizacji rozgrywek. W tej chwili wygląda to tak, że cały zachód się będzie wykrwawiał między sobą, niektóre zespoły przed NBA Finals będą już miały sto spotkań w sezonie, a po drugiej stronie mamy Miami Heat, które (bardzo możliwe) spacerkiem awansuje do Finałów, rozgrywając praktycznie przedłużony o kilka meczów regular season. Coś będzie musiało się z tym zmienić, zwłaszcza jeśli układ sił po obu stronach będzie aż tak zróżnicowany jak ma to miejsce obecnie.

Na pewno ciężko będzie drużynom przebić, to co działo się w pierwszej rundzie, ale są ku temu szanse. Tu już będą - szczególnie w Western Conference - prawdziwe pojedynki wagi ciężkiej. Konia z rzędem temu kto trafnie wytypuje poprawnie końcowy wynik w parach Thunder - Clippers i Spurs - Blazers. Będę mocno zdziwiony, jeśli w tych parach nie dojdzie do co najmniej sześciu spotkań. Polskim kibicom najbliżej będzie do Indiany i Waszyngtonu. Atutetm Wizards może być świeżość i o wiele dłuższa regeneracja. Pacers przystąpią do pierwszego meczu praktycznie z marszu po ledwie zakończonej serii z Atlantą Hawks, gdzie ekipa Indiany wymęczyła awans z wynikiem 4-3. Jeśli w którejś parze można doszukiwać się niespodzianki, w pierwszej kolejności oczy kibiców powinny być zwrócone właśnie w stronę rywalizacji Pacers z Wizards. Do oglądania pozostałych pojedynków nikogo namawiać nie trzeba. Pozostałe pary to znakomita okazja, by zobaczyć koszykarski olimp Anno Domini 2014.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Skazani na wczesne wakacje.


NBA Playoffs to dla części zawodników czas potwierdzenia swojej ogromnej wartości, a dla jeszcze innych szansa wskoczenia na jeszcze wyższy poziom. Na przeciwległym biegunie znajdują się Ci, o którzy robią furorę od listopada, ale od połowy kwietnia przepadają jak kamień w wodę.

Stephen Curry po raz pierwszy naprawdę został doceniony w NBA po fenomenalnych dla siebie play-offach w ubiegłym sezonie. Owszem, wcześniej był mistrzem świata, dobrym strzelcem, ale takim co sobie może porzucać do połowy kwietnia, a później grzecznie usunie się w cień, oddając pole do popisu innym. W tym sezonie wielokrotnie można było zachwycać się Kevinem Love, Anthony Davisem, Kyrie Irvingiem. Tą trójkę łączy też coś jeszcze - zero spotkań w karierze w rozgrywkach posezonowych. Davis rozgrywał dopiero swój drugi sezon, dodatkowo w niesamowicie silnej Konferencji Zachodniej i jego czas w play-offs jeszcze nadejdzie. Irving jest już po swoim trzecim sezonie, jest twarzą Cleveland Cavaliers w beznadziejnie ostatnio słabej Konferencji Wschodniej, ale numer 1 draftu z 2011 roku też na swój czas musi poczekać. Nie wiadomo, czy Davis i Irving będą musieli czekać aż tyle co Kevin Love. 25-letni lider Minnesoty Timbervolwes jest już po szóstym sezonie w karierze i za każdym razem kończył rozgrywki po sezonie regularnym. W tym momencie jego wszystkie osiągnięcia i zdobyte double-double idę na dobrych kilka długich tygodni w totalną odstawkę.

Można mieć świetny sezon w Minnesocie czy Sacramento, ale wycenę prawdziwych możliwości zawodnika stanowią w dużym stopniu play-offy. DeMarcus Cousins właśnie ma za sobą rewelacyjne miesiące gry w Kings, tylko do momentu jak nie poprowadzi swojej drużyny do czołowej ósemki w Western Conference, nikt nie będzie traktować go do końca poważnie. Będąc z kolei przy Minnesocie, oczywiście nikt normalny nie powie, że Kevin Love to facet, który nie zasługuje na etykietę All-Star, ale jednak brakuje mu tego stempla, potwierdzenia swojej jakości w play-off. To tam się buduje swoją karierę, tam tworzą się legendy. O nieobecnych, nawet jeśli są lepsi niż 80-90% koszykarzy grających w rozgrywkach posezonowych, nikt nie będzie wspominał. To tak jak z piłkarzami, którzy mają świetne sezony w klubach, a później nie dane im będzie zagrać w mistrzostwach świata. Trochę takim koszykarskim Robertem Lewandowskim albo Zlatanem Ibrahimoviciem jest Love - świetny w tym co robi, ale mimo wszystko... nie do końca.

W każdym sezonie znajduje się ktoś, komu udaje się zerwać z etykietką zawodnika mocnego tylko w regular season. Wie coś o tym John Wall, który właśnie przygotowuje się do pierwszego swojego meczu w play-offs. Dokonał tego w czwartym sezonie, choć gdyby do tego nie doszło w tym sezonie, niebezpiecznie zaczęto by poddawać w wątpliwość, czy silna drużyna Wizards musi mieć na pewno twarz Walla. Jeśli rozgrywający ze stolicy Stanów Zjednoczonych pójdzie w ślady Curry'ego z ubiegłego roku, praktycznie z automatu wskoczy do tego naprawdę elitarnego i wąskiego grona gwiazd NBA z pierwszego szeregu. Dla niego, Bradleya Beala, Damiena Lillarda najbliższe dni i tygodnie to ogromna trampolina w budowaniu swojego nazwiska. Dziś traktowani jeszcze jako młodzi, którzy na każdym kroku słyszą, że playoffs to czas weteranów, zaraz po bardzo dobrej jednej serii lub chociaż po kilku świetnych występach, zrobią więcej dla swojej kariery niż przez cały sezon regularny.


W latach 90-tych świetnym koszykarzem był Mitch Richmond. Przez trzynaście kolejnych lat za każdym razem rzucał średnio ponad 16 punktów w meczu, ale w ciągu tak długiego okresu w play-offach zagrał tylko 21 spotkań. Jeśli wspomina się czołowych zawodników lat 90-tych, raczej dość rzadko mówi się o byłym rzucającym między innymi Sacramento Kings, mimo, że ten był nawet mistrzem olimpijskim w Atlancie. Jeszcze gorzej jest z pamięcią o pewnym rozgrywającym o imieniu i nazwisku Steve Francis, który również zbytnio nie grzeszył udziałem w meczach play-offs. Obecnie występujący koszykarze mają jednak jeszcze szanse przełamania złej passy w swoich klubach - Cousins w Sacramento ma jeszcze kontrakt na cztery sezony, Love w Minnesocie na na dwa, Irving w Cleveland na jeden. Cała trójka zapewne jeszcze zagra w reprezentacji USA, zdobędzie międzynarodowe triumfy, ale w świecie NBA, by być traktowanym z należytym szacunkiem, muszą najlepiej na stałe zagościć w pasjonujących rozgrywkach, które rozpoczynają się każdego roku w drugiej połowie kwietnia. Ironią jest fakt, iż z jednej strony Love na dziś jest już mistrzem świata, mistrzem olimpijskim, trzykrotnym uczestnikiem All-Star Game, a z drugiej w play-offs nie powąchał jeszcze parkietu.

Z każdym kolejnym sezonem niepowodzeń i brakiem awansu do play-offs na tych przecież świetnych graczach będzie ciążyła coraz większa presja. O ile pierwszy sezon nawet dla najbardziej utalentowanych koszykarzy ma charakter pewnej "unitarki", o tyle później nie ma już zmiłuj. Jeśli dla niektórych naprawdę znaczących postaci tej ligi tradycją stanie się koniec sezonu w kwietniu, za każdym razem ich indywidualne osiągnięcia będą deprecjonowane. Wyjściem z tej sytuacji może być nie tyle jeszcze lepsza gra, co po prostu... zmiana klubu.