Janusz Jasiński w Tauron Basket Lidze jest tak naprawdę od niedawna, ale miał już tyle kontrowersyjnych pomysłów i wypowiedzi, że mógłby obdzielić nimi wszystkich innych ligowych prezesów razem wziętych. Mało kto obecnie w TBL budzi tak skrajne emocje jak najważniejsza osoba w Stelmecie Zielona Góra.
Szkoda, że ogromna praca Janusza Jasińskiego, którą rozpoczął jeszcze, gdy zielonogórski basket był na dnie, jest dziś w cieniu różnego rodzaju "aferek", które co jakiś czas regularnie wychodzą z Zielonej Góry. Tylko, że sam Pan Jasiński chyba jest temu najbardziej winien. Szef rady nadzorczej spółki SSA Grono z koszykówką w Zielonej Górze związany jest od 2001 roku. Była ona wówczas w tym mieście w stanie agonalnym, kiedy Zastal zaliczył dwa razy z rzędu spadki - wpierw z PLK, a w sezonie 2000/2001 z pierwszej ligi. Jasiński to nie facet przywieziony z zewnątrz w teczce, tylko człowiek bez którego na pewno nie byłoby dziś mistrzostwa Polski, występów w Eurolidze, koszykarzy grających za naprawdę konkretne pieniądze w ledwie 120-tysięcznym mieście. Tego nikt Januszowi Jasińskiego nie odbierze. Zasłużył się niesamowicie, to jest niezaprzeczalny fakt. Na tym można byłoby zakończyć. Można byłoby, gdyby nie druga strona właściciela Stelmetu Zielona Grona. Strona budząca coraz więcej mieszanych uczuć.
Jasiński do pieca dorzucił w weekend, kiedy wydał zakaz rozmawiania przez koszykarzy ze znanym w Zielonej Górze redaktorem Jackiem Białogłowym z Radia Zachód. Mamy rok 2014, a właściciel klubu próbuje stosować metody rodem z poprzedniego systemu politycznego w Polsce. Można wszystko ładnie ubrać w słowa i teraz twierdzić coś w stylu "nie wprowadzam cenzury, tylko pewne standardy, które dotyczą każdego", ale przekaz tej "dyplomatycznej nowomowy" wydaje się jasny: będąc przy klubie nie można o nim pisać źle. Radia Zachód nie słuchałem już dawno, ale dobrą dekadę temu pamiętam jak zawsze różne mecze w wielu dyscyplinach relacjonował Jacek Białogłowy. Bo wprowadzenie jakiegoś "bana" na rozmowy to jedno, ale potraktowanie akurat tego człowieka jak trędowatego to druga kwestia. Białogłowy to nie jest pierwsza lepsza postać, tylko pewnie jedna z najbliższych, jeśli nie najbliższa do tej pory osoba wokół klubu, która nie pojawiła się przy drużynie w momencie sukcesów, tylko była tu dużo wcześniej. Ktoś powie, że właściciel miał takie prawo. Oczywiście Jasiński miał absolutne prawo podjąć taką decyzję, ale niech w klubie się potem nikt nie dziwi, że Stelmet znów po raz kolejny nie będzie miał dobrej prasy.
Nie można nie zauważyć, że problemy w Zielonej Górze są. W pierwszym sezonie po awansie klub budził jeszcze sympatię w Polsce, ale później między innymi po buńczucznych wypowiedziach szczególnie właściciela Jasińskiego pozytywny PR wokół klubu coraz bardziej siadał. Pewnie dlatego liczba widzów w hali CRS nie jest obecnie rewelacyjna, mimo posiadania przecież coraz silniejszego zespołu. Tym bardziej w momencie, gdy ta atmosfera nieco siadła, ciekawość, ale i zaskoczenie budzi koncepcja zbudowania wokół klubu stowarzyszenia kibiców opartego o model znany z piłkarskich klubów - FC Barcelony czy Benfiki Lizbona. Chodzi o "socios", czyli fanów, którzy z jednej strony płacą składki na rzecz klubu (oprócz normalnych biletów na mecze), a z drugiej mają realny wpływ na władzę w klubie. Ciekawy pomysł, tylko nie wmawiajmy ludziom, że Stelmet będzie drugą Barceloną, gdzie ludzie będą bić się przed sezonem o karnety lub z 8 milionami euro zagra w Final Four. Zresztą pierwszym prezesem stowarzyszenia kibiców został... Janusz Jasiński. Nigdy nie miałem przekonania do tworzenia inicjatyw fanowskich, które wychodzą bezpośrednio od władz klubowych, a nie oddolnie od samych kibiców. Władza w klubie, władza w stowarzyszeniu kibiców? Tak luźno porównując, przypomina to maniaka kontroli, który otrzymał władze absolutną.
Pomysły Pan Jasiński ma nietuzinkowe, można je jakoś rozważać, dyskutować o nich, ale wystarczy jego jedna wypowiedź, a przeciwko Stelmetowi po chwili jest pół koszykarskiej Polski. Wielu było już takich prezesów w polskim sporcie, co to weszli z przytupem, przy czym po pewnym czasie znikali. Zielona Góra to jedno z nielicznych miast w Polsce, w którym koszykówka była i jest praktycznie zawsze pod względem popularności przed piłką nożną, siatkówką i innymi dyscyplinami halowymi. Dobrze jest mieć marzenia o Final Four, ale w ten weekend Stelmet przegrał mecz nie w Final Four, tylko w półfinale TBL przy kiepskiej frekwencji we własnej hali. Po raz kolejny play-offy w Zielonej Górze nie przebiegają w sielankowej atmosferze. Wszyscy pamiętają poprzedni rok i zawieszenie Waltera Hodge'a. Czy w południowej stolicy województwa lubuskiego nie może być w najważniejszej części sezonu tak po prostu normalnie bez zbędnych "aferek", które budzą zniesmaczenie w całej Polsce?










