wtorek, 12 listopada 2013

Sezon polskich nadziei.


Dawno już przed żadnym sezonem w lidze akademickiej nie było tyle optymizmu i oczekiwań w stosunku do polskich zawodników. Wszystko dzieje się w czasie, gdy brakuje szeregu młodych, zdolnych graczy, który z miejsca są w stanie wskoczyć do ligowych zespołów. W Stanach Zjednoczonych w nowym sezonie w NCAA dwójka Polaków będzie też walczyła o to, aby potwierdzić, że letnie powołanie na zgrupowania seniorskiej reprezentacji Polski nie były absolutnie na wyrost.

Od wicemistrzostwa świata U-17 w Hamburgu minęły już ponad trzy lata, tak więc i przed srebrnymi medalistami z 2010 roku zaczął się już okres, w czasie którego nikt na nikogo nie będzie patrzył z etykietką "młody i zdolny". Tomasz Gielo rozpoczął już swój trzeci sezon w ekipie Liberty Flames i to w końcu może być dla niego sezon przełomowy. 20-letni szczecinianin w pierwszym sezonie grywał niewiele, a biorąc pod uwagę też uczelnię, która nie należy absolutnie do silnych, dla postronnych osób mógł nieco rozczarować. Już drugi sezon miał być tym, który zmieni obraz jego gry i sprawi, że będzie otrzymywał o wiele więcej minut niż w debiutanckim sezonie. I to faktycznie nastąpiło: Gielo w drugim roku spędzał na parkiecie już średnio 22,5 minuty, w czasie których zdobywał 7 punktów oraz zbierał 4 piłki. Spadła tylko skuteczność rzutów, ale na to trzeba wziąść poprawkę. Gielo w pierwszym sezonie podejmował generalnie bardzo mało prób rzutowych, co zmieniło się dopiero w w kolejnym roku. Spadek skuteczności rzutów z gry z prawie 52% na rzecz 37% był wynikiem oddawania o wiele większej ilości prób rzutowych, które, jak widać po skuteczności, nie wpadały aż tak często jak tego Polak by chciał.

Trzeci sezon dla Tomasza Gielo wydaje się przełomowym. Albo zrobi poważny krok do przodu albo...będzie mógł poprawić się na czwartym roku. Nie da się ukryć, że 20-latek ma znakomity komfort psychiczny, który nie jest zakłócany żadnym "mock draftem" ani myślami przejścia do najbardziej renomowanych uczelni. Spokojna czteroletnia nauka koszykarskiego rzemiosła, na którą postawił Gielo właśnie wchodzi w swoją druga fazę i na razie początek wygląda obiecująco. W pierwszym meczu skrzydłowy przebywał na parkiecie 26 minut, w czasie których zdobył 14 punktów. Wynik to bardzo solidny, zważywszy tym bardziej na fakt, że Gielo rzadko kiedy oddawało sporo rzutów, wszak w poprzednim sezonie średnio w każdym spotkaniu oddawał ich około 6,5 w każdym meczu. Tymczasem w premierowym spotkaniu, pewnie wygranym z Randolph College 74-53, Polak oddał aż dziesięć prób w kierunku kosza. Wszystko wskazuje, że oprócz zadań od tak zwanej czarnej roboty i często niewidocznej na parkiecie w zagraniach naszego skrzydłowego będzie można zauważyć coraz większe inklinacje do zdobywania punktów, do których przyzwyczaił w polskich reprezentacjach młodzieżowych.

Uczelnia Polaka - Liberty Flames, sensacyjnie wygrała swoją konferencję Big South, dzięki czemu w sezonie 2012/2013 znalazła się wśród 68. uczelni z całego kraju. W nowym sezonie Liberty powinno spisywać się lepiej niż przed rokiem. Swój ostatni rok w NCAA rozpoczęli seniorzy:John Caleb-Sanders (14,4 punktów na mecz w 2012/2013), drugi strzelec w ubiegłym sezonie, Davon Marshall (13,6 punktów) oraz najlepiej rozbierający, czyli JR Coronado (8,2 zbiórek na mecz). Zresztą w piętnastce składu Liberty znajduje się sześciu seniorów oraz czterech juniorów. Tomasz Gielo w obecnej filozofii i jako jeden z już bardziej doświadczonych, w taktyce Liberty powinien pełnić rolę, która będzie niewspółmiernie wyższa od tej znanej z poprzednich dwóch lat. Z kolei za rok, gdy obecni czołowi zawodnicy odejdą, skrzydłowy ze Szczecina ma szansę zostać nawet liderem Liberty w swoim ostatnim sezonie w lidze akademickiej.


Inna sytuacja jest z Przemysławem Karnowskim, który też obrał trochę inną drogę w kierunku NCAA. Zdążył jeszcze rozegrać sezon w PLK, po czym wyjechał studiować na uczelnię Gonzaga. Tamtejszy zespół Bulldogs uchodzi od lat za bardzo solidny, choć nie o takiej renomie jaką darzy się każdego roku Duke czy Kentucky. Wydaje się, że swoje "pięć minut" na ogromny sukces Gonzaga miała w ubiegłym sezonie, kiedy z jednej stronie eksplodował z formą Kelly Olynyk, a z drugiej Elias Harris prezentował stały poziom, który pozwolił mu podpisać kontrakt z Los Angeles Lakers. Olynyk miał do tego stopnia tak udany sezon, że został jednym z najwyżej wybranych w drafcie zawodników w historii rodem z Gonzagi. Odejście Harrisa i właśnie Olynyka znacznie osłabiło zespół, ale też postawiło w zdecydowanie lepszej sytuacji Karnowskiego. Polski center, który tego lata występował na EuroBaskecie, w swoim drugim sezonie na uczelni stoi przed niepowtarzalną szansą pokazania swoich umiejętności nie przez 10 minut jak bywało to w tamtym roku, a jednak przez czas co najmniej dwukrotnie wyższy.

Wszystko wskazuje na to, że rolę podkoszowych w zespole ze Spokane będzie pełniła para Karnowski - Sam Dower, czyli nominalnie dwóch zawodników grających na pozycji środkowego. Dower oraz David Stockton to jedyni liczący się zawodnicy w rotacji zespołu, którzy grają swój ostatni rok w NCAA. Ogromna rolą powinni pełnić juniorzy, czyli Kevin Pangos oraz Gary Bell Jr., którzy zresztą w poprzednim sezonie oprócz Olynyka i Harrisa byli najbardziej kluczowymi postaciami zespołu. Są to jednak zawodnicy obwodowi, a pod koszem aż takiego ścisku nie ma. Karnowski jest pewny, że swoje minuty w trakcie sezonu otrzyma i będzie mógł potwierdzić, że przewidywania ekspertów w kontekście draftu w 2014 roku nie są wcale przesadzone. Wydaje się jednak, że to nie jest jeszcze moment na jakiekolwiek przystępowanie do draftu. Karnowski ma za sobą dopiero sezon, po którym tak naprawdę wiadomo niewiele - najlepsze mecze trafiały się w rywalizacji ze słabeuszami, a gdy dochodziło do potyczek z bardziej renomowanymi uczelniami, wtedy trener Mark Few z reguły wpuszczał Polaka na nic nie znaczące maksymalnie kilkuminutowe epizody.

Mankamentem reprezentanta Polski jeszcze w czasie gry w PLK były zbiórki, a konkretnie skromna ich ilość jak na zawodnika o takich parametrach. Bezsprzecznie od zawodnika mierzącego około 215 cm należy oczekiwać, że będzie swoistą bestią pod koszem. Karnowski nie trafiał do NCAA przecież jako anonim, tylko był przed poprzednim sezonem przedstawiany w Stanach jako jeden z najciekawszych freshmanów. Siła graczy pierwszej piątki w tamtym sezonie nie pozwoliła jeszcze udowodnić, czy Karnowski jest w stanie spełnić wymagania amerykańskich ekspertów. Nie ulega jednak wątpliwości, że obok centra o tej masie, wzroście i koordynacji nikt w doskonale znających się na koszykówce Stanach Zjednoczonych nie przejdzie obojętnie. Warunki fizyczne to jedno, ale trzeba wspomnieć o czymś jeszcze. Polak koniecznie musi poprawić się na linii rzutów osobistych, które w ostatnim sezonie wykonywał tylko na poziomie 44%. Ten element musi ulec znacznej poprawie, tym bardziej, że grając w pierwszej piątce Karnowski będzie zapewne częściej wykonywał rzuty osobiste z racji ostrej i często kontaktowej gry podkoszowej.

Liberty i Gonzaga łączy niewiele poza występami Polaków. Oba zespoły mają inne wymagania oraz inne cele, a nawet zbudowane składy. W aktualnym sezonie najważniejsze, by zarówno Gielo i Karnowski stali się pełnoprawnymi reprezentantami wyjściowych składów swoich uczelni, którzy mają realny wpływ na grę swojego zespołu. Z tym przez lata były problemy, jeśli chodzi o kolejne występy polskich koszykarzy w NCAA, którzy niejednokrotnie zmuszeni byli po studiach wracać z podkulonym ogonem do Polski. W przypadku Gielo i Karnowskiego jeszcze takiego zagrożenia nie ma, ale póki co opinie o przełomowym sezonie bardziej wynikają z nadziei niż na podstawie rzetelnej gry w poprzednim sezonie.

sobota, 9 listopada 2013

Jak to było w Zielonej Górze.


Zielona Góra jest dopiero czwartym polskim miastem, do którego zawitały najbardziej prestiżowe klubowe rozgrywki w Europie po piłkarskiej Lidze Mistrzów, czyli koszykarska Euroliga. Jeszcze kilka lat temu w Zielonej Górze przeżywano klęskę w play-offach I ligi ze Stalą Stalową Wola, a dziś do winnego grodu przyjeżdżają wielkie europejskie firmy jak Galatasaray Stambuł.

Kwiecień 2008 roku, faza play-off I ligi. Zastal Zielona Góra pod wodzą Tadeusza Aleksandrowicza z pierwszego miejsca po rundzie zasadniczej gra w początkującej fazie walki o PLK z klubem ze Stalowej Woli, który zajmował ósme, ostatnie premiowane miejsce. Sensacyjnie Zastal przegrywa w stosunku 1-3 i odpada z walki o awans. Szumne plany o powrocie do elity krajowego basketu znów trzeba odłożyć na bok. W składzie znajdowali się jeszcze zielonogórzanie doskonali znani z lat 90-tych jak Paweł Szcześniak, Robert Morkowski i Jarosław Kalinowski oraz do tego Marcin Chodkiewicz, Grzegorz Kukiełka, którzy mieli wprowadzić zespół do bram PLK. Na ich drodze stanął w 2008 roku między innymi wówczas 37-letni były reprezentant Polski, Roman Prawica, a Zastal zamiast spotkań w nowoczesnej hali Centrum Sportowo-Rekreacyjnego swoje mecze rozgrywał w hali Uniwersytetu Zielonogórskiego przy ulicy prof. Szafrana.

Kwiecień 2008 roku, Carlos Arroyo kończy sezon regularny w barwach Orlando Magic, zdobywa w czasie, gdy Zastal rywalizował ze "Stalówką, między innymi 13 punktów i 6 asyst przeciwko Chicago Bulls. W tamtym sezonie kolegą Portorykańczyka z zespołu był dopiero wchodzący wówczas tylko z głębokiej rezerwy Marcin Gortat. Henry Domercant w sezonie 2007/2008 rzucał średnio ponad 20 punktów dla Dynama Moskwa w rozgrywkach EuroCup. Arroyo, Domercant, podobnie jak nikt w Zielonej Górze będącej wówczas już od wielu lat poza najlepszą krajową koszykówką, nie zdawał sobie sprawy, że ponad pięć lat później przyjdzie im drżeć o końcowy wynik w tej samej Zielonej Górze, którą upokorzył zespół ze skromnej Stalowej Woli.

Awans do krajowej elity wywalczono w 2010 roku, który jest punktem zwrotnym w historii zielonogórskiego basketu. Awans do PLK, wybudowanie nowoczesnej hali w budynku CRS na ponad 5000 miejsc oraz transfer Waltera Hodge'a to zdarzenia, które były wmurowaniem kamienia węgielnego pod występy w Eurolidze jesienią 2013 roku. Później nastąpiła zmiana nazwy z Zastal na Stelmet, a zawodnicy, którzy jeszcze niedawno wywalczyli awans lub grali w pierwszym sezonie w PLK, byli wymieniani na coraz lepsze ogniwa. Przy okazji zielonogórzanom sprzyjała też konkurencja, a raczej jej bolesny upadek. Asseco Prokom Gdynia, zespół, który od 2004 roku nieprzerwanie zdobywał mistrzostwo Polski aż do 2012 roku, w trakcie sezonu 2012/2013 abdykował z tronu klubowego basketu w Polsce. Stelmet Zielona Góra w tym czasie już występujący w europejskich pucharach stał się w trakcie sezonu zdecydowanym faworytem w wyścigu o tytuł i to rzeczywiście nastąpiło. Stelmet pokonał Turów w Finałach PLK w stosunku 4-0, co skutkował nie tylko mistrzostwem Polski, ale także otrzymaniem prawa startu w Eurolidze 2013/2014.

Euroliga to wymagania zupełnie inne niż te występujące w Polsce. Stelmet trafił do grupy między innymi z Galatasaray Liv Hospital Stambuł, które 8 listopada 2013 roku zawitało do Zielonej Góry. W składzie tureckiego zespołu znaleźli się wspomniani wcześniej Carlos Arroyo, Henry Domercant oraz cała plejada graczy ogranych na najwyższym poziomie europejskim a nawet w NBA, żeby wymienić tylko Popsa Mensah-Bonsu. Po zielonogórskiej stronie ze składu z 2008 roku nie ma już śladu, prym wiodą zawodnicy niezwiązani z Zieloną Górą. Nie jest to jakimś wielkim minusem, chcąc bawić się w wielką koszykówkę nie da się już wygrać opierając się tylko na zawodnikach krajowych lub wychowankach. To już nie czasy Jugoplastiki Split, gdzie zawodnicy praktycznie z jednego kraju byli w stanie wygrywać w cuglach w Europie. Dziś kluby przypominają swoiste "multi-kulti" i podobnie jest w Zielonej Górze: Polacy, Amerykanie, Australijczyk, Kongijczyk, do tego serbski trener. W popularnej "Galacie" wcale nie inaczej, oprócz Turków widać także Amerykanów, Serbów, Portorykańczyka, Brytyjczyka.


Mecz z Galatasaray był dla Zielonej Góry od początku czymś niezwykłym. Wcześniej co prawda Euroliga już zawitała do winnego grodu w postaci Bayernu Monachium i Montepaschi Siena, ale w stosunku do tych zespołów jest jedno "ale". Bayern dopiero będzie na fali wznoszącej, ale póki co nie ma jeszcze wyrobionej koszykarskiej marki w Europie, którą posiada z kolei cały czas Siena, ale będąca od ubiegłego sezonu w odwrocie zarówno finansowym jak i sportowym. Ciekawe zespoły, ale jednak obecnie nie działające tak na wyobraźnię jak Galatasaray czy Olympiakos Pireus. Aktualny mistrz Turcji nawet mimo nieobecnych w Zielonej Górze Nathana Jawai'a, Manuczara Markoiszwiliego oraz Furkana Aldemira, u wszystkich na trybunach wzbudzał powszechny respekt. Gdy do mocno koszykarskiej Zielonej Góry przybywają Arroyo ze swoim 10-letnim bagażem występów w NBA, Domercant, Mensah-Bonsu czy wicemistrzowie świata z 2010 roku, nikogo do przybycia na mecz namawiać nie trzeba. Tak też było w piątkowy wieczór, gdy trybuny zielonogórskiej hali wypełniły się praktycznie do końca, przy okazji tworząc kapitalną atmosferę, której apogeum przypadło w momencie objęcia prowadzenia przez Stelmet na niecałe dwie minuty przed końcem.


Stelmet ostatecznie przegrał z Galatasaray Stambuł 75-78, ale nie ma co z tego powodu specjalnie rozpaczać. Zielona Góra widziała koszykarskie święto jakie w Europie dostępne jest tylko dla nielicznych. Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia i niebawem mogą już nie wystarczyć tylko piękne porażki. Na razie w Zielonej Górze jako jednym z nielicznych miast w Polsce, ciśnienie i popularność na koszykówkę autentycznie jest ogromne. Po meczu w pubach można było spotkać wielu kibiców ubranych w klubowe barwy, a tematem przewodnim była ostatnia akcja ofensywna Stelmetu, którą kibice przy kuflu piwa rozkładali na czynniki pierwsze bardziej niż Jacek Gmoch swoje piłkarskie schematy. I tymi kibicami nie był tylko klasyczny męski "target", ale także wiele kobiet zafascynowanych basketem. 
Wydaje się, że jeśli w Zielonej Górze koszykarskie bakcyla nie zabiły "mroczne czasy" z pierwszej dekady XXI wieku, tym bardziej nie dokonają tego spodziewane kolejne porażki w Eurolidze. Tym bardziej, że niektóre można nazywać zwycięskimi, jak te z Galatasaray. Bo to kibice są zwycięzcami wczorajszego meczu, którzy otrzymali kapitalne widowisko i zgotowali Turkom tak zapowiadane przed meczem autentyczne piekło. Jeśli władze klubu będą w przyszłości też tak słowne i oddane dla budowy silnej drużyny w południowej stolicy województwa lubuskiego, Zielona Góra już na trwałe zostanie koszykarską stolicą Polski.

PS. Przed meczem sporo mówiło się o tureckiej inwazji, która w liczbie 500 osób miała nawiedzić zielonogórski CRS. W "zorganizowanej" grupie pojawiło się ich zaledwie 19. Pozostałych 481 osób nie było ani słychać, ani widać.

niedziela, 3 listopada 2013

"Kangury" czarnym koniem?


Jest na świecie jeden zespół, który obok Stanów Zjednoczonych jest zawsze pewny udziału w mistrzostwach świata, choć światową potęgą na pewno nie jest. Australia, która od lat ociera się o czołowe miejsca, w przyszłym roku w Hiszpanii może wystawić całkiem ciekawy skład na miarę awansu do czołowej ósemki na świecie.

Popularni "Boomers" przyzwyczaili, że do tej najlepszej ósemki na igrzyskach olimpijskich dostają się regularnie - w ostatnich prawie czterdziestu latach tylko w Atenach w 2004 roku znaleźli się poza ćwierćfinałem. By na igrzyskach osiągnąć dobry rezultat, na pewno sprzyja im klucz geograficzny, ale nie tylko. "Kangury" dysponują ciekawymi zawodnikami, którzy, jeśli zagrają w komplecie, dodają kolorytu w międzynarodowym baskecie. Aż tak dobrze jak na IO Australijczykom nie szło do tej pory w mistrzostwach świata, gdzie ostatnio regularnie zajmują miejsca w okolicach dziesiątego. Najbliższa okazja, by to zmienić nastąpi już za niecały rok w Hiszpanii.

Australijska koszykówka dla osób z Europy jest, mimo eksportowania sporej ilości zawodników na Stary Kontynent, cały czas nieco egzotyczna. Nie najsłabsze rozgrywki NBL mało kto ogląda, więc trudno zdać sobie sprawę, że i w tamtejszej lidze świetnych zawodników nie brakuje. Trochę tą "egzotyczną" opinię potwierdził epizod w NBA jakiego doświadczył Andrew Gaze. Największy gracz w historii krajowej ligi u schyłku kariery w wieku 34 lat zadebiutował w San Antonio Spurs, z którymi zresztą zdążył zdobyć mistrzostwo NBA w 1999 roku, na parkietach najlepszej ligi świata nie mógł odnaleźć się zupełnie i nie przypominał wielkiego strzelca znanego z reprezentacji i NBL. W NBA Australię promował dużo bardziej Luc Longley, ale on był w zasadzie w dużym stopniu ukształtowany przez Stany Zjednoczone, w których już studiował na uczelni, a w reprezentacji kraju na dużej imprezie zagrał tylko raz, a miało to miejsce na igrzyskach w Sydney w 2000 roku, gdzie gospodarze zajęli znakomite czwarte miejsce. Trochę pracę na rzecz ojczyzny nadrabia obecnie, gdyż pełni rolę asystenta selekcjonera kadry, Andreja Lemanisa.

Obecnie czwartą reprezentacją na świecie "Kangury" nie są na pewno, ale przy najlepszym możliwym składzie i odrobinie szczęścia otarcie się o te miejsce jest cały czas całkiem realne. Problemem jest tylko, czy uda się jeszcze zebrać ten najlepszy możliwy skład, bo z tym ostatnio notorycznie były problemy. W ostatnich mocno kadłubowych mistrzostwach Oceanii, czyli dwumeczu z Nową Zelandią najbardziej znanym zawodnikiem w składzie był Patrick Mills, który na igrzyskach olimpijskich w Londynie został najlepszym strzelcem turnieju zdobywając średnio na mecz ponad 21 punktów. Zawodnik na co dzień znany z roli rezerwowego w San Antonio Spurs w kadrze pełni zupełnie inną, znacznie większą rolę. W Londynie obok Millsa znajdował się jeszcze jeden zawodnik obecnie występujący pod okiem Gregga Popovicha - Aron Baynes. W poprzednim sezonie Baynes zaprezentował się bardzo przyzwoicie w Eurolidze w barwach Olimpiji Ljubljana, co zaowocowało później podpisaniem kontraktu ze Spurs. Takiej roli w rotacji San Antonio jak na Słowenii oczywiście nie pełni, ale też wicemistrzowie NBA nie zatrudniają nikogo przypadkowego.

W składzie z meczów z Nową Zelandią znajdował się także jeszcze jeden gracz z NBA, a był nim Matthew Dellavedova, który jako absolwent uczelni Saint Mary's nie został wybrany w drafcie, ale ostatecznie znalazł miejsce w składzie Cleveland Cavaliers. Kogoś oczywiście brakuje, bo największym nie tylko z uwagi na wzrost w australijskim baskecie jest Andrew Bogut. Zawodnik obecnie reprezentujący Golden State Warriors, a niegdyś wybrany z pierwszym numerem w drafcie jeśli tylko jest w pełni zdrowy, jest jednym z najlepszych środkowych w NBA. Problem jednak, że częste urazy i nieobecności powodują, że występy w kadrze w przypadku Boguta będą pewnie niewiadomą. Szkoda, bo pod koszem Australijczyków akurat takie wzmocnienie byłoby bardzo wskazane. Obecnie jedynym naprawdę klasowym graczem podkoszowym jest już 33-letni David Andersen, który jest też najbardziej utytułowanym graczem w Oceanii. Andersen zdobywał mistrzostwa i puchary w najmocniejszej ligach Europy - włoskiej, rosyjskiej, hiszpańskiej, tureckiej oraz w samej Eurolidze triumfował aż trzykrotnie. Wielka kariera, ale jednak zbliżająca się już ku końcowi (na razie Andersen jeszcze pozostaje bez klubu), ale przyszłoroczne mistrzostwa świata mogłyby być idealnym zwieńczeniem występów w reprezentacji, w której występował bardzo często. Bogut, Mills, Andersen to na pewno najbardziej znani zawodnicy kibicom na świecie. Do tych nazwisk w niedalekiej przyszłości może dołączyć Dante Exum, który mając obecnie 18 lat zdążył już zadebiutować w seniorskiej kadrze i jest typowany nawet do miejsca na podium w przyszłorocznym drafcie. Największy talent od czasów Boguta zapewniłby Australii duże większe możliwości na obwodzie, ale w kontekście przyszłorocznego turnieju w Hiszpanii trudno jeszcze myśleć, by był to zespół oparty na niedoświadczonym 19-latku.


Andersen nie jest jedynym Australijczykiem, który znany jest europejskim kibicom z gry na na poziomie Euroligi w topowych klubach. Jest Joe Ingles, który po występach przez trzy sezony w Barcelonie obecnie gra w Maccabi Tel Awiw. 26-latek na warunki reprezentacyjne jest świetnym pierwszym niskim skrzydłowym i jedną z najważniejszych postaci w zespole. Kibicom Barcelony na pewno doskonale znany też jest Nate Jawai, którego jednak próżno szukać w reprezentacyjnych składach. Czarnoskóry potężny australijski center gra obecnie w Galatasaray Liv Hospital Stambuł i pod koszem także w reprezentacji byłby koszmarem dla wielu mniej atletycznych środkowych. Bogut, Andersen i Jawai? Bez wątpienia taki zestaw budziłby respekt praktycznie każdej reprezentacji na świecie.

Spora grupa Australijczyków występuje w Europie, ale nie jest aż tak bardzo znana jak zawodnicy wymienieni wyżej. Do tego grona zaliczani są Brad Newley (wybrany niegdyś w drafcie przez Houston Rockets) grający obecnie w lidze ACB w zespole CB Gran Canaria, a mający ponadto na europejskich parkietach solidne kilkuletnie doświadczenie, potężny środkowy z Lokomitvu Kubań - Aleks Maric, czy choćby doskonale znany z występów w Stelmecie Zielona Góra David Barlow. Na polskich parkietach jeszcze bardziej znany jest Daniel Kickert, któremu jednak ciężko w ostatnich latach załapać się do składu na duży turniej. Ponadto jest jeszcze spora grupa zawodników znanych głównie z występów w krajowej Natonal Basketball League, którzy zawsze licznie reprezentują Australię na międzynarodowych turniejach. Takim przykładem może być kolejny podkoszowy olbrzym mierzący 218 centymetrów, Luke Nevill, który pod nieobecność Boguta jest rezerwowym Andersena.

Australia w 2014 roku może naprawdę namieszać w mistrzostwach świata, ma ku temu możliwości, ale musi być spełnionych kilka warunków. Pierwszy i najistotniejszy to zebranie wszystkich najlepszych graczy w tym samym miejscu i czasie. To największa bolączka nie tylko Australijczyków, ale jakichś dziewięćdziesięciu koszykarskich reprezentacji na świecie. Obwód z Millsem, Inglesem, Exumem, Dellavedovą, pod koszem Bogut, Andersen, Jawai - z takim składem kangurzy skok w kierunku czołowej ósemki na MŚ byłby bardzo realny.

sobota, 2 listopada 2013

Mock draft prawdy nie powie.


Rozpoczął się sezon NBA, niebawem rozpoczną się tez rozgrywki NCAA, tak więc specjaliści, skauci i analitycy będą mieli pełne ręce roboty w kontekście oceniania kandydatów do gry w NBA. Nie trzeba być wielkim znawcą, by zauważyć, że tworzenie "mock draftów" na osiem miesięcy przed właściwym czerwcowym draftem przypomina bardzo często wyłącznie wróżenie z fusów. 

Czołowy serwis DraftExpress.com zaktualizował ostatnio listę kandydatów, których akcje obecnie w drodze do NBA stoją według serwisu najwyżej. Trudno od razu krytykować specjalistów, którzy swoje typy mają poparte wieloma analizami, ale bez politycznej poprawności można stwierdzić, że wraz z rozpoczęciem sezonu w lidze akademickiej część typów będzie można wyrzucić do kosza na śmieci. Gdy sezon 2013/2014 w NBA jeszcze nie rozpoczął, to już sporo mówiło się o "tankowaniu" i emocjonującej walce o najlepsze rozstawienie przed loterią draftową. Takie historie oczywiście są znane, ale rozdawanie picków i przydzielanie prospektów, którzy nie zdążyli postawić jeszcze nawet nogi na akademickich parkietach, już do konkretnych klubów NBA jest czystą abstrakcją. Tak samo jak głosy o tym jak piekielnie silny będzie draft 2014. Często głoszą to Ci, którzy połowy kandydatów nie widzieli ani razu w czasie gry.

Według serwisu DraftExpress.com i nie tylko pewniakiem do jedynki jest Andrew Wiggins. 18-letni Kanadyjczyk ma wybierać w ofertach z klubów NBA w jeszcze większym stopniu niż Ray Allen aka Jesus Shuttlesworth w "He Got Game" w ofertach z NCAA. Rok temu o tej porze Wigginsem był Cody Zeller, ewentualnie Shabazz Muhammad. Ostatecznie żaden z nich nie zajął nawet miejsca na podium w drafcie, a Muhammad wypadł nawet poza pierwszą dziesiątkę. Absolwent UCLA to klasyczny przypadek draftowych prognoz - na piedestał został wyniesiony po znakomitych wynikach w szkole średniej, świetnym występie także w czasie meczu Nike Hoop Summit 2012, kiedy zdobył aż 35 punktów. Mimo, że w barwach kalifornijskiej uczelni był liderem, grał na wysokim poziomie, jednak nie okazał się aż takim ósmym cudem świata jak go zapowiadano. Innym przypadkiem może być Thomas Robinson, który wśród wybrańców draftu z 2012 roku wydawał się skończonym "produktem" do gry w najlepszej lidze świata. Eksperci uważali, że jego zatrudnienie to żadne ryzyko w porównaniu do Diona Waitersa, a póki co okazało się, że przez cały debiutancki sezon Robinson nie potrafił się odnaleźć i został bez żalu pożegnany przez swój zespół w czasie offseason. Jak widać, ocena potencjału zawodnika nawet mimo coraz nowocześniejszych metod nie jest jeszcze doskonała. Mylić się może każdy, nawet w takiej lidze jak NBA.

Analizując "mock draft" zwraca uwagę, że zarówno DraftExpress.com oraz NBADraft.net w pierwszej dziesiątce widzą co najmniej piątkę graczy, którzy dopiero zaczną swoją karierę w NCAA. Zapewne będzie to ich jedyny sezon w NBA, który ze względu na przepisy musza po prostu "odbębnić". Nigdy nie wiadomo jak młodzi przecież 18 i 19-latkowie odnajdą się na parkietach, gdzie poziom jest spory wyższy niż w lokalnych High School. Oczywiście wśród czołówki typy generalnie bywają mylące, ale zdecydowana większość i tak znajduje swoje miejsce w NBA. Im jednak dalej, tym częściej typy wydają się coraz bardziej zastanawiające. W przewidywaniach DraftExpress.com na 33. pozycji znajduje się Przemysław Karnowski i nie jest to wcale najwyższa pozycja. 20-letni reprezentant Polski, który grał na EuroBaskecie, przez dłuższy czas bywał regularnie stawiany w roli kandydata wyłącznie w pierwszej rundzie, teraz nieco spadł. Nie ma się co oszukiwać, ale Karnowski musiałby rozegrać naprawdę świetnie najbliższy sezon, by liczyć na angaż do NBA, jeśli w ogóle przystąpi do draftu. Na pewno eksperci oceniając Karnowskiego bardziej brali pod uwagę modny termin szczególnie w kręgach NBA, czyli "potencjał", niż dokonania w ostatnim sezonie, gdzie Polak pełnił rolę rezerwowego z ograniczoną ilością minut. 

Warto zwrócić uwagę, że ten, który w międzynarodowej koszykówce jest już najbardziej ograny, znajduje się poza Karnowskim. Alessandro Gentile, który w wieku 21 lat był jednym z liderów silnej reprezentacji Włoch na ME, ma za sobą występy w Eurolidze w czołowym włoskim klubie i posiada atletyzm, który pozwalałby mu już w tym momencie podjąć walkę na parkietach najlepszej ligi świata, znalazł się na 37. pozycji. Cóż, nie występuje w Stanach i jest już "za stary", by liczyć na wyższe miejsca. Nie będzie wielkim zdziwieniem, jeśli Gentile trafiłby pod skrzydła Gregga Popovicha. Spurs zawsze mieli rękę do wybierania klasowych zawodników prosto z europejskich parkietów, wystarczy przywołać tylko klasyczny przypadek Manu Ginobiliego.

Przeglądając wszelkie prognozy, które będą się pojawiać wraz ze zbliżającym się sezonem NCAA, trzeba traktować je z rezerwą. Na szczęście o wartości sportowej decyduje jeszcze boisko, a nie wyłącznie zakulisowe zagrywki menedżerów wszelakiej maści. Gdyby zawierzyć tylko we wcześniejsze prognozy, Damian Lillard, który przybył do NBA prosto z mało prestiżowej uczelni Weber State, nigdy nie miałby prawa zostać debiutantem roku. Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy znowu będzie mówić się o koszykarskich mesjaszach, które niebawem rzekomo z marszu podbiją NBA. Póki to nastąpi, niech wszyscy kandydaci do czołowych miejsc w drafcie wpierw udowodnią swoją wartość w najbliższym sezonie na parkietach NCAA.

wtorek, 29 października 2013

Decydujący piąty mecz.


Nowy sezon NBA będzie toczył się w od lat znanym standardzie. Wpierw do połowy kwietnia sezon regularny, do tego w lutym All-Star Weekend oraz później play-offy. W ostatnich dniach podjęta u progu sezonu jedna decyzja może mieć spore znaczenie w czerwcu 2014 roku, gdy będą odbywały się decydujące mecze finałowe NBA.

Właściciele klubów NBA jednogłośnie zdecydowali o odejściu od kontrowersyjnego systemu rozgrywania Finałów NBA, który wszedł w życie po 1984 roku. Finały rozgrywane w systemie 2-3-2 uważało się od lat za sprzyjające tak naprawdę zespołom niżej rozstawionym. Dodatkowo zespół, który miał lepszy bilans przed decydującą rozgrywką, musiał spędzać około tygodnia czasu poza swoim terenem. Wystarczyło, że w jednym z dwóch pierwszych spotkań faworytowi powinęła się noga i zaczynał się problem. Mimo tego dość specyficznemu systemowi Finały NBA miały w sobie coś innego niż wszystkie wcześniejsze rundy play-off na szczeblu konferencji. Różnica była tylko taka, że w decydującej fazie o mistrzostwie często spotykały się zespoły z dwóch przeciwległych kierunków Stanów Zjednoczonych. Wtedy argument o dalekich i wyczerpujących podróżach trafiał na podatny grunt, co też w dużym stopniu sprawiło, że w 1984 roku zdecydowano się wprowadzić system 2-3-2. Trzydziestej rocznicy ten pomysł jednak nie doczeka, bo właściciele klubów NBA postanowili w końcu odświeżyć finałową formułę. Jak pokazuje najnowsza historia, nie zawsze jednak obowiązujące do ostatniego sezonu rozwiązanie pomagało gospodarzom piątego spotkania.

Od 1985 roku odbyło się dwadzieścia dziewięć edycji Finałów NBA. W tym czasie rozegrano dwadzieścia pięć spotkań numer 5, których gospodarzem był zespół z gorszym bilansem po sezonie regularnym. W tym czasie teoretycznie słabszy wygrywał na własnym parkiecie mecz numer 5 w latach 1985-1988, 1991, 1994, 1996, 2000, 2004, 2006, 2008 oraz ostatnio 2011-2013. Dziś można tylko gdybać, co byłoby, gdyby piąte finałowe spotkanie z 2006 roku odbyło się w Dallas. Być może wtedy Mark Cuban i Dirk Nowitzki nie musieliby czekać jeszcze pięciu lat na mistrzostwo. Choć i piąte spotkanie okazało się przełomowe także w NBA Finals 2011, kiedy fenomenalni Mavs pokonali "Wielką Trójkę" z Miami, które grając pod ogromną presją szósty mecz u siebie już wyraźnie przegrała. Tak samo można gdybać, czy tak łatwo pierwszy tytuł w innym systemie rozgrywania finałowej rozgrywki zdobyłby Michael Jordan, który po pierwszej porażce w Los Angeles poprowadził swoich Bulls do kolejnych czterech zwycięstw, w tym trzech na własnym parkiecie, podobnie jak LeBron James w Finałach z 2012 roku Miami Heat w starciu z Oklahomą City Thunder. Tak samo zagadką pozostanie już pytanie czy w innej konfiguracji Seattle SuperSonics wyciągnęliby się w 1996 roku ze stanu 0-3 aż do 2-3, gdy rozgrywali piąty mecz u siebie. 

Czterokrotnie zdarzyło się z kolei, kiedy zespół wyżej rozstawiony wyszedł obronną ręką ze stanu 2-3 wygrywając mecze numer 6 i 7 przed własną publicznością. Dokonali tego Los Angeles Lakers w 1988 i 2000 roku, Houston Rockets w 1994 roku oraz w tym roku Miami Heat. Z kolei tylko dwukrotnie zdarzyło się, by zespół zaczynający finałową serię na wyjeździe zdobył potem mistrzostwo już po pięciu spotkaniach. Tym samym świętowania po tak krótkiej rywalizacji doświadczyli na swoim parkiecie Detroit Pistons w 2004 i Miami Heat w 2012 roku. Co ciekawe, oba zespoły swoje mecze numer 1 przegrały, by w kolejnych czterech meczach już nie zaznać żadnej porażki. Być może, gdyby piąte spotkania odbyłyby się odpowiednio w 2004 roku w Los Angeles i osiem lat później w Oklahomie, mistrza NBA znalibyśmy najszybciej po szóstym spotkaniu, ale tego się już nie dowiemy nigdy.


NBA to jednak nie gorący parkiet w Grecji czy Turcji, by twierdzić, że gospodarzom pomagają nawet ściany, a kibice są szóstym zawodnikiem na parkiecie. Oczywiście i kibice w najlepszej lidze świata potrafią stworzyć atmosferę sprzyjającą gospodarzom (szczególnie w decydujących fazach play-offów), ale nie ma też sensu przeceniać wartości hali, w której rozgrywany jest mecz. Gdyby o wszystkim miały decydować tylko "klepki" we własnej hali to New York Knicks w kultowej Madison Square Garden roznieśliby w pył San Antonio Spurs, którzy to ostatecznie wygrali w Nowym Jorku dwa z trzech spotkań w Finałach w 1999 roku. Albo zawodnicy Philadelphii 76ers z Allenem Iversonem u szczytu formy podobnie postąpiliby z Lakers w dwa lata po pierwszym tytule podopiecznych Gregga Popovicha. Mimo wygranej w pierwszym spotkaniu w hali Staples Center później mimo, że rozgrywali trzy spotkania pod rząd u siebie, nie potrafili wygrać ani razu i przegrali w Finałach wyraźnie w stosunku 1-4. Los Angeles Lakers wypadli jeszcze w składzie z Magiciem Johnsonem podobnie dziesięć lat wcześniej przed dokonaniem 76ers, kiedy na początku mistrzowskiej ery Jordana potrafili wygrać pierwszy mecz w Chicago, by później przegrać trzy pojedynki z rzędu we własnej hali, którą wtedy był jeszcze obiekt The Forum.


Jak widać, własny parkiet w meczach numer 5 w Finałach NBA nie bywał często atutem klubów startujących z pozycji słabszego. Za osiem miesięcy będzie można sprawdzić jak zmiana z systemu 2-3-2 na 2-2-1-1-1 wpłynie na losy Finałów 2014. Jeśli w ogóle do niego dojdzie, bo w 1989, 1995, 2002 i 2007 roku dywagacji na temat wyższości jednego systemu nad drugim być nie mogło, skoro wszystko skończyło się na czterech spotkaniach. Na to się w nowym sezonie chyba nie zanosi, bo nawet w coraz bardziej podzielonej na potęgi i słabeuszy NBA zdecydowanego faworyta do mistrzostwa nie ma. Całkiem więc prawdopodobne, że znowu w czerwcu będzie mówiło się o meczu numer 5 jako tym kluczowym dla całej serii. I bardzo dobrze, to zwiastowałoby kolejne wielkie NBA Finals, choć te z czerwca 2013 roku ciężko będzie prędko przeskoczyć.

poniedziałek, 28 października 2013

Zmiany na ekranie.


We wtorek rozpoczyna się nowy sezon NBA, tak więc od razu skoczy do góry ilość koszykarskich spotkań dostępnych w polskiej telewizji. Mimo, że często słupki oglądalności są dla koszykówki karygodnie niskie, relacji z najważniejszych rozgrywek w ciągu sezonu 2013/2014 na pewno nie zabraknie. Dodatkowo na rynek praw transmisyjnych doszły nowe, niekojarzone do tej pory z basketem telewizyjne kanały.

Czas zacząć od produktu sztandarowego, czyli NBA. Najlepsza liga świata od wielu już lat transmitowana jest przez Canal + Sport i po podpisaniu kontraktu dwa lata temu wiadomo, że ten stan utrzyma się na pewno do 2015 roku. W międzyczasie doszło jednak do powstania platformy nc+, przez co zmieni się nieco plan transmisji w nowym sezonie NBA. Oprócz relacji w Canal + Sport pojawią się także spotkania na antenie stacji nSport. Stacja kojarzona głównie z Ligą Mistrzów po powstaniu nc+ znacząco zmieniła profil, choć już latem 2012 roku w czasie igrzysk olimpijskich można było tam zobaczyć dobrą koszykówkę. Na nSport na pewno będzie nadawany w każdy czwartek o godzinie 18:30 premierowy odcinek magazynu "NBA Action" oraz głównie retransmisje spotkań wcześniej prezentowanych na Canal + Sport. Jednak nie tylko, bo już wiadomo, że pierwszą relacją meczu NBA na żywo na antenie nSport będzie świetnie zapowiadające się starcie New York Knicks - San Antonio Spurs, które będzie można obejrzeć już 10 listopada. Tym samym NBA wraca, trochę niespodziewanie, do stacji związanej z TVN, która kupowała prawa do pokazywania amerykańskiej ligi już w 1997 roku. Tylu zmian co wśród kanałów transmitujących nie ma na komentatorskich stołkach - ponownie mecze będą relacjonowane przez stały skład znany z poprzednich sezonów na czele oczywiście z Wojciechem Michałowiczem. Ostatnie komunikaty ze strony nc+ mówią, że tylko w sezonie zasadniczym przewidziane są 104 transmisje. Liczba, biorąc pod uwagę rozmach i ilość spotkań rozgrywanych za oceanem każdego dnia może w skali sezonu nie jakaś nadzwyczaj duża, ale też sporo większa niż jeszcze kilka lat temu.


Fani męskiej koszykówki, szczególnie tej w najlepszym wydaniu europejskim długo żyli w niepewności czy w ogóle będą przeprowadzone transmisje z Euroligi. Ostatecznie tuż przed startem rozgrywek Euroliga trafiła w ręce grupy FOX. Mecze miałaby pokazywać stacja FOX Sports, ale takiego kanału w Polsce... nie ma. Wyszedł z tego początkowy niezły rozgardiasz, który (tak to wyglądało) początkowo zaskoczył samych pracowników stacji FOX wyglądających na mocno zdezorientowanych co teraz zrobić z euroligowym produktem. Doszło do kuriozalnej sytuacji, mianowicie historyczny debiut Stelmetu Zielona Góra z Bayernem Monachium mimo już posiadanych praw telewizyjnych został udostępniony wyłącznie poprzez stronę internetową. Dodatkowo sporo osób narzekało na jakość streamu, który po prostu powinien być lepszy jak na tak poważną stację. Dopiero spotkanie z drugiej kolejki było transmitowane na żywo w telewizji, dokładnie na kanale FOX. Była to z dużym prawdopodobieństwem pierwsza w historii tego kanału relacja sportowa. FOX słynący z całodziennego nadawania przeróżnych amerykańskich seriali na dwie godziny w tygodniu będzie prawdopodobnie zamieniał się w kanał sportowy. Niestety na więcej spotkań niż jedno w każdej kolejce nie można liczyć póki nie powstanie kanał FOX Sports. Przewiduje się, że nastąpi to w styczniu 2014, ale na dziś jest jeszcze wiele niewiadomych, czy to nastąpi już tak szybko, biorąc choćby pod uwagę takie czynniki jak zbudowanie ramówki sportowej oraz profesjonalnej kadry pracowniczej w tak krótkim czasie. Na dziś jest więcej pytań niż odpowiedzi w sprawie Euroligi i tym bardziej powstania polskiego oddziału FOX Sports. Dobrze jednak, że Euroliga jest w ogóle w Polsce pokazywana, bo po tym jak o najlepsze europejskie rozgrywki niespecjalnie starała się nc+ mogło dojść do sytuacji, kiedy żadna polska stacja nie spełniłaby wymogów Euroligi (nie wyłożyła oczekiwanych pieniędzy na stół) i o relacjach w telewizji można byłoby wtedy zapomnieć. Póki co sprawa jest jasna i tak będzie przez najbliższe cztery lata, bo na tyle został podpisany kontrakt między FOX International Channels a Turkish Airlines Euroleague.

Zmiany nastąpiły także na krajowym rynku, jednak tu wchodziły w grę nieporównywalnie mniejsze pieniądze niż w Eurolidze. Prawa do pokazywania koszykówki z udziałem polskich zespołów, także kadry, co jakiś czas znikają z rąk TVP do Polsatu lub odwrotnie. Polsat pokazywał polską ligę już w latach 2006-2008, a nawet już wcześniej na antenach należących do słonecznej telewizji można było oglądać koszykarskie zmagania, szczególnie Śląska Wrocław. W ostatnich latach abonament na krajowy basket posiadała telewizja publiczna, ale nie potrafiła z tego do końca skorzystać, a nie pozwalały też ku temu malejące środki przeznaczane na TVP Sport, który to kanał ostatnio wyraźnie podupadł jeśli weźmie się pod uwagę posiadaną coraz mniejszą ilość praw telewizyjnych. Latem tego roku sfinalizowano umowę między PLK a Polsatem na mocy której przez pięć najbliższych sezonów stacja Zygmunta Solorza-Żaka otrzymała na wyłączność prawa do pokazywania PLK. Ustalono, że główną anteną dla koszykówki będzie Polsat Sport News. Stacja, w której do tej pory częściej można było spotkać denerwujące paski informacyjne niż transmisje na żywo, jest jedynym kanałem ogólnodostępnym o tematyce sportowej, który można odbierać za darmo za pośrednictwem naziemnej telewizji cyfrowej. Ten kto liczył na zwiększoną dawkę spotkań dostępnych w telewizji w porównaniu z TVP Sport może czuć się jednak rozczarowany. Polsat planuje transmisję z jednego spotkania tygodniowo, a koszykarskim pasmem na stałe ma być niedzielny wieczór, co akurat wydaje się dobrym rozwiązaniem. Dodatkowo w telewizji internetowej ipla.tv związanej z grupą Polsat można wykupić transmisje z meczów nadawanych w internecie po zapłaceniu kwoty 4,90 zł, jednak trzeba to raczej traktować jako uzupełnienie telewizyjnej oferty, która przeznaczona jest w pierwszej kolejności dla koszykarskich koneserów i właściwie tylko dla nich.

NBA, Euroliga i PLK to nie wszystko na co może liczyć koszykarski kibic w obecnym sezonie. Zaskoczeniem może być fakt, że po raz pierwszy EuroCup jest nadawany w Polsce szerzej niż Euroliga, tym bardziej w sezonie, w którym żaden polski zespół w EuroCupie nie występuje.  Mimo to jednak poprzez liczną grupę Polaków w składach innych zespołów warto spoglądać co tam się dzieje. Drugie co do rangi europejskie rozgrywki nadaje Eurosport 2 na kilkanaście krajów europejskich, w tym Polskę. Francuska stacja z każdej kolejki z reguły transmituje dwa spotkania - po jednym we wtorek oraz środę. Dodatkowo w ofercie znajduje się półgodzinny magazyn "Euroleague Show" poświęcony wydarzeniom w Eurolidze. Koszykarską ofertę w polskojęzycznych kanałach uzupełnia Sportklub ze swoim produktem w postaci ligi hiszpańskiej, który już trzeci sezon gości na antenie polskiego oddziału tego węgierskiego koncernu. Liga ACB uznawana za najlepsza ligę Europy na antenie Sportklubu występuje najczęściej w postaci dwóch transmisji w każdy weekend - najczęściej nie brakuje okazji do oglądania dwóch wielkich europejskich potęg, czyli Realu Madryt i Barcelony, ale nie tylko. Dla polskiego kibica to doskonała okazja, by na bieżąco podpatrywać choćby Macieja Lampego, Thomasa Kelatiego, czy też postępy poza Polską Waltera Hodge'a.

Kibic koszykówki nie ma tak komfortowej sytuacji jak kibic futbolu, ale tez nie powinien narzekać, tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę popularność koszykówki w Polsce. Co prawda w porównaniu do poprzedniego roku widać regres, bo zmniejszona jest liczba transmisji z Euroligi oraz znikł kanał ESPN America bardzo obszernie nadający NCAA, ale cały czas prawa do najważniejszych rozgrywek znajdują swoich właścicieli. Gdzie jednak te czasy, gdy kiedyś trener Ulkeru Stambuł, Murat Didin kupował dekoder Polsatu tylko po to, by oglądać Euroligę, bo według jego informacji żadna stacja w Europie nie nadawała tak obszernie Euroligi (właściwie to Suproligi) jak właśnie Polsat. A dziś? Trudno wyobrazić sobie, żeby przykładowo trener Unicaja Malaga, Joan Plaza wpatrywał się w okienko na stronie internetowej telewizji FOX, by oglądać swojego grupowego rywala. Przez te wszystkie lata od czasów zakupu dekodera przez Didina nie zmieniło się tylko jedno - nadal abonament na komentowanie najlepszej koszykówki w Europie i na świecie ma nieprzerwanie Wojciech Michałowicz.

                                 

niedziela, 27 października 2013

Odczarować Waszyngton.


2001-2003, 2009, 2013. To nie mistrzowskie sezony Washington Wizards. To trzy daty, kiedy w Polsce o organizacji ze stolicy Stanów Zjednoczonych w ogóle sobie przypomniano. Za każdym razem jednak nie ze względu na sportowe wyniki.

Washington Wizards. Jak na Polskę to klub tajemniczy, którym poza największymi pasjonatami NBA w sezonie zasadniczym nie zainteresuje się pies z kulawą nogą. To się zmieni już od najbliższych dni, kiedy wystartuje nowy sezon, a jednym z "Czarodziejów" będzie Marcin Gortat. Nazwa Wizards będzie odmieniona przez wszystkie przypadki, choć zainteresowania pokroju Borussii Dortmund oczywiście nie można się spodziewać. Zespół z Waszyngtonu będący na peryferiach zainteresowania nie może nawet równać się z Sacramento Kings. Mimo, że "Królowie" od lat dołują, to cały czas pamięta się ich wielki zespół na początku XXI wieku. A co zapamiętano na temat Wizards? 40-letniego Michaela Jordana i pistolety w szatni. O wynikach w ostatnich latach nie ma co wspominać, bo ostatni raz w play-offach grali pięć lat temu. Później powtarzał się tylko ten sam scenariusz, w którym obecny klub Gortata nie potrafił wygrać nawet trzydziestu spotkań w sezonie.

Potęgą sportową Wizards, a wcześniej Bullets byli głównie w odległych już latach 70-tych, kiedy zdobyli swój jedyny mistrzowski tytuł. W ciągu ostatnich trzydziestu lat tylko jeden raz przeszli pierwszą rundę. Jak na polskie realia to klub wybitnie niemedialny aż do piątkowego wieczoru. To nie Phoenix Suns, gdzie nawet bez gry Gortata był to jeden z najpopularniejszych klubów w Polsce, a wielu sympatyków miało w pamięci jeszcze słynne Finały NBA z 1993 roku. Wspominki w kontekście Wizards mogą dotyczyć co najwyżej Juwana Howarda, Chrisa Webbera, ale i tak pierwsze miejsca w pamięci kibiców sportowych i nie tylko będą mieli Michael Jordan, Gilbert Arenas i Javaris Crittenton. Jordan sprawił, że mecze transmitowane z udziałem Wizards osiągały słupki oglądalności nieporównywalnie większe do czasów sprzed 2001 roku, ale to był tylko chwilowy zryw. Dodatkowo w żaden sposób nie przełożył się na wyniki sportowe, wszak w ciągu dwóch sezonów nie udało się awansować do play-offów, wygrywając łącznie w tym czasie tylko 74 spotkania. Z kolei Arenas i Crittenton wymachujący w szatni pistoletami rozsławili nazwę Wizards nie tylko wśród portali sportowych, ale głównie w kontekście kronik kryminalnych. A o wynikach sportowych nie mówiono wcale, chyba, że dopiero w momencie, gdy drużyna stawała się pośmiewiskiem całej ligi. Tak było w pierwszej fazie ostatniego sezonu, kiedy bez Johna Walla drużyna osiągnęła katastrofalny wynik 4-28.

Teraz sporo się mówi, zwłaszcza po udanej drugiej połówce sezonu, że klub ze stolicy USA może nawet awansować do fazy posezonowej. Głównym argumentem jest posiadanie obwodu John Wall - Bradley Beal. Na dobrą sprawę na tym można zakończyć opisywanie atutów wyróżniających zespół Randy Wittmana na tle konkurencji. Jest jeszcze kilku wartościowych zawodników, choćby Brazylijczyk Nene, ale to wciąż za mało, by odegrać poważniejszą rolę w lidze. Jak na standardy przyjęte w NBA jest to po prostu jeden z wielu zespołów w lidze, dodatkowo w słabszej połówce, nic więcej. Nie wiadomo jak na tej wymianie wyjdą oba zespoły, ale już teraz wygląda na to, że największym zwycięzcą powinien zostać Gortat. W końcu zyskał stabilność w ostatnim roku kontraktu, Wizards mają świetny wyjściowy obwód, dzięki czemu może być więcej miejsca do gry dla reprezentanta Polski, dodatkowo może być spokojny o miejsce w zespole, gdzie po prostu brakuje wartościowej konkurencji. Na harce w postaci serii zwycięstw szans nie ma, ale tym bardziej nie byłoby ich w przebudowywanych Phoenix Suns.

Przez ostatnie 24 godziny w polskich mediach informowano o Washington Wizards częściej niż w ciągu całego poprzedniego sezonu. Teraz trzeba czekać jeszcze na jakiś polski fan club lub "Fan Page" i początek waszyngtońskiej ekspansji na polski rynek. Wypadałoby jednak w końcu kiedyś zaczarować kibiców NBA także postawą na parkiecie, ale to chyba jeszcze nie w tym sezonie. Spoglądając na zespół Wizards nawet po ostatnim liftingu nadal szału tam nie ma.