piątek, 10 maja 2013

Piątka Euroligi.


12 maja finał największego corocznego święta klubowej europejskiej koszykówki - Final Four Euroligi. Londyńska O2 Arena gości nie tylko największe kluby Europy, ale także żywe już legendy basketu w XXI wieku.

Euroliga ogłosiła najlepszych graczy kończącego się sezonu, w której słusznie znaleźli się Vassilis Spanoulis (też MVP), Dimitrios Diamantidis, Rudy Fernandez, Nenad Krstic i Ante Tomic. Wybór nie dziwi, tym bardziej, że czwórka z wymienionej piątki reprezentuje finalistów londyńskiego turnieju. Gwarancją wielkiej jakości Final Four są uczestnicy: CSKA Moskwa i Olympiacos Pireus to ubiegłoroczni finaliści, a Real i Barcelona to kluby, których nie trzeba nikomu przedstawiać. W tych czterech ekipach jest tylu doświadczonych w bojach zawodników, że można wybierać różne piątki, najlepszych obrońców, Amerykanów, Greków, rzucających za trzy itd. Można też wybrać pierwszą piątkę ikon europejskiego basketu w XXI wieku, którzy mają kolejną okazję do powiększenia swojej ogromnej kolekcji.

Diamantidis, Sarunas Jasikevicius, Juan Carlos Navarro, Felipe Reyes i tegoroczny MVP Spanoulis to piątka, która w tej konfiguracji może już nie zdobyłaby wielu laurów na parkiecie, nie tylko dlatego, że brakuje w niej rasowego centra, ale wciąż działająca na wyobraźnie wszystkich, którzy śledzili czasy od mniej więcej "nowej" Euroligi. A nawet wcześniej, bo kiedy dochodziło do rozłamu w europejskiej FIBA na dwie grupy, wierną międzynarodowej federacji i grupę buntowników, Sarunas Jasikevicius o mały włos doprowadziłby do sensacji stulecia, eliminując z walki o finał igrzysk w Sydney Dream Team, zwany potocznie Drink Teamem. Litwin jest zresztą najstarszy z całej piątki, liczy sobie już 37 lat i jego letni powrót do Barcelony był zaskoczeniem. Zanim jednak do tego doszło, Jasikevicius stał się już dawno w czasie koszykarskiej kariery legendą za życia. Lista jego sukcesów jest ogromna na każdym polu: z Litwą mistrz Europy, brązowy medalista ME, a także igrzysk w Sydney, aż cztery mistrzostwa Euroligi z trzema różnymi klubami (Barcelona, Maccabi, Panathinaikos), mistrz w czterech różnych krajach, wiele nagród indywidualnych na czele z MVP szwedzkiego EuroBasketu w 2003 roku. W obecnym sezonie Litwin do i tak ogromnej kolekcji dołożył już Puchar Hiszpanii. Cokolwiek jeszcze zdobędzie w tym sezonie, będzie to znakomite ukoronowanie kariery, która już nieuchronnie zbliża się do końca.

Kolegą klubowym Jasikevciusa jest Juan Carlos Navarro, który dziś jest największym symbolem europejskiego basketu. Obecny na europejskich parkietach od piętnastu lat "La Bomba" uzbierał wszystkie najważniejsze trofea w fibowskiej koszykówce. A wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90, kiedy triumfował w Mistrzostwach Europy i później Świata w 1999 roku do lat 18, gdzie zresztą był MVP całego turnieju zostawiając w tyle Amerykanów. Później cała europejska kariera spędzona w Barcelonie dostarczyła wielu dużo bardziej znaczących trofeów na czele z dwukrotnym mistrzostwem Euroligi i wielokrotnym mistrzostwem Hiszpanii. O kilkunastu wyróżnieniach indywidualnych nie ma nawet co wspominać. Największe sukcesy Navarro święcił jednak z reprezentacją swojego kraju, który reprezentowało i reprezentuje do dziś słynne "złote pokolenie", których najwybitniejszymi przedstawicielami są właśnie "La Bomba" i Pau Gasol. Mistrzostwo świata, dwa wicemistrzostwa olimpijskie i pięć medali na EuroBaskecie ( w tym dwa złote) stawiają Navarro jako jednego z najbardziej utytułowanych koszykarzy nie tylko w swojej epoce, ale także w całej historii. Kolegą najlepszego strzelca w historii Euroligi na szczeblu reprezentacyjnym, a wielkim rywalem na poziomie klubowym jest Felipe Reyes, koszykarz Realu Madryt i brat słynnego Alfonso Reyesa (z uwagi na swój wiek zdobył z Hiszpanią "tylko" trzy medale na ME). Reyes mający to wielkie szczęście jako kolejny przedstawiciel "złotego pokolenia" mocno zaznaczył się w koszykarskich annałach. Z reprezentacją osiągnął identyczne laury co Navarro, jednak na poziomie klubowym wyczynów Realu już nie powtórzył. Madrycki zespół w XXI wieku nie osiągał wielkich sukcesów, ale mistrzostwa i puchary kraju oraz zwycięstwo w EuroCupie też mają swoją sporą wartość, jednak na tle Navarro czy Jasikeviciusa wrażenia robić nie mogą. 

Drugą, obok Hiszpanii, nacją, która w ostatnich kilkunastu latach była obecna z reguły blisko szczytu lub nawet na samym szczycie, są Grecy. Przez lata można było się przyzwyczaić do sukcesów czy to Panathinaikosu czy Olympiacosu, jednak o samej reprezentacji Grecji od czasów Nikosa Galisa w kontekście medalowym nie można powiedzieć wiele, nawet mimo kilkukrotnego awansu w latach 90. do czołowej czwórki na wielkich turniejach. Tendencję te miały odwrócić igrzyska olimpijskie w Atenach w 2004 roku, gdzie Grecy jednak nie zakwalifikowali się do półfinału. Reprezentacyjny boom wybuchł jednak już rok później, gdzie na serbskiej ziemi Vassilis Spanoulis, Dimitris Diamantidis i reszta greckiej ekipy zdobyła złoty medal. Spanoulis, czyli popularny "Kill Bill" obecny na seniorskiej, międzynarodowej arenie stosunkowo krótko w porównaniu do Navarro, Jasikevciusa, bo ledwie dziewięć lat, ale to on obecnie jest w najlepszej formie z wszystkich wymienionych graczy. Zdobywając mistrzostwo Europy jako 23-latek był raczej uzupełnieniem składu, ale z czasem jego rola w kadrze rosła, co Polacy widzieli na własnych oczach w czasie EuroBasketu 2009, gdzie Grecja zdobyła zresztą brąz. Do medali na ME Spanoulis zdążył dorzucić też wicemistrzostwo świata z japońskich parkietów w 2006, gdzie Hellada pokonała LeBrona Jamesa i Mike'a Krzyżewskiego. Spanoulis występując wpierw w Panathinaikosie, a obecnie w lokalnym rywalu z Pireusu był i jest skazany na kolejne trofea w ilości iście hurtowej. Dwa mistrzostwa Euroligi, pięć Grecji, cztery puchary kraju, tytuły MVP Euroligi,  ligi greckiej, europejskiego gracza to kolejny wycinek bogatej kariery "Kill Billa". Jednym z najwybitniejszych, obok Spanoulisa, greckich koszykarzy w XXI wieku jest bez wątpienia Dimitris Diamantidis, który całą karierę spędził tylko w Panathinaikosie. 33-letni znakomity defensor w kraju zdobył wszystko co było do zdobycia - po siedem tytułów mistrza Grecji i krajowego pucharu, dodatkowo dołożył aż trzy zwycięstwa w Eurolidze. Podobnie jak wcześniej opisywani, ma na koncie hurtowo zdobywane nagrody MVP i to wielokrotnie, zarówno w lidze greckiej (pięć razy najlepszy gracz sezonu) jak i w rozgrywkach europejskich. Dorobek medalowy w reprezentacji jest nieco skromniejszy niż w przypadku Spanoulisa, a wynika to tylko z faktu, że Diamantidisa zabrakło na polskim EuroBaskecie.

Wielkie europejskie kariery wymienionej piątki są już bliżej końca niż początku. Maksymalnie kilka lat gry to świetna okazja by jeszcze bardziej wzbogacić swoją gablotę kolejnymi tytułami. Każdy z tych graczy występuje w tak silnym klubie, że wręcz niemożliwością będzie zakończenie kariery już bez żadnych triumfów. Przez lata kluczowi dla swoich ekip i absolutni liderzy, dziś, nawet po trzydziestce, nadal pełnią ważną rolę jak Navarro w Barcelonie, Diamantidis w Panathinaikosie i przede wszystkim człowiek-orkiestra Olympiacosu, Spanoulis. Reyes i tym bardziej Jasikevicius nie odgrywają dziś może najważniejszej roli w drużynie, to nie od nich rozpoczyna się ustalanie wyjściowej piątki, ale też ich brak w składzie to zawsze jest spore osłabienie kadr hiszpańskich gigantów. 
Poza sukcesami w koszykówce europejskiej zawodników łączy niespełnienie w karierze NBA. O ile Reyes i Diamantidis nie zagrali w najlepszej lidze świata, o tyle takowe epizody mają za sobą Spanoulis, Navarro i Jasikevicius. Żaden z nich nie podbił jednak Ameryki. Najlepiej prezentował się Navarro, ale jego kariera trwała w NBA ledwie rok, być może grając dłużej w USA pełniłby jeszcze większą rolę w Memphis. Na pewno cała trójka patrząc na wcześniejsze na dokonania w Europie to Ameryki nie podbiła, jednak po doświadczeniach z NBA ponownie znakomicie potrafili odnaleźć się na Starym Kontynencie. Znakomicie to ilustruje przypadek Spanoulisa, który w NBA z europejskich gwiazd zagrał lepiej chyba tylko od Aleksandara Djordevicia - "Kill Bill" swoje najlepsze lata ma właśnie teraz, w okolicach trzydziestki na karku.

Niezależnie od tego kto wygra Euroligę, te rozgrywki pod jednym względem zbliżają się coraz bardziej do NBA: wartościowi weterani i żywe legendy stanowią istotny element w każdej mistrzowskiej konfiguracji. Oprócz opisanej piątki jest jeszcze jeden, który ma jeszcze w Eurolidze coś do udowodnienia. Jest najbardziej utytułowanym obecnie grającym europejskim koszykarzem, ale nie ma w swojej karierze jednego trofeum, w Eurolidze właśnie. Być może zdąży jeszcze w niej zagrać na stare lata niczym Arvydas Sabonis. Albo nawet ją wygrać jak swego czasu najlepszy zawodnik NBA biegający do tej pory po euroligowych parkietach, Dominique Wilkins. O kim mowa? To oczywiście Pau Gasol.

niedziela, 5 maja 2013

Zmiana warty w Pacific Division.


Świat staje na głowie - zespołem, który jako jedyny reprezentuje Pacific Division w półfinale Konferencji Zachodniej jest Golden State Warriors. Sytuacja bez precedensu, ale w obliczu kryzysu potęg tej dywizji nie powinna dziwić. Jednoczesna nieobecność Los Angeles Lakers i Phoenix Suns w półfinale Western Conference zdarzyła się dopiero po raz piąty w historii i pierwszy od 1996 roku, kiedy Kobe Bryant brylował jeszcze w High School, a liderem Lakers był Cedric Ceballos.

Tak się utarło, że z Pacific Division niejako z urzędu kandydatem do play-off są Lakers, potem Phoenix Suns, dopiero w drugiej kolejności brano pod uwagę trzy pozostałe zespoły. Oczywiście był czas na przełomie wieków, kiedy wiele znaczyło Sacramento Kings, a także okres RUN TMC, gdy Golden State Warriors oprócz gry przyjemnej dla oka także potrafili przejść pierwszą rundę. Z reguły hierarchia była jednak znana, a na jej czele znajdowały się się Lakers i Suns. Tak się złożyło w ostatnich dwudziestu latach, gdy Lakers mieli słabsze momenty - po 1991 i 2004 roku, swoje najlepsze chwile miała wtedy ekipa z Arizony i to Suns godnie reprezentowali Pacific Division przynajmniej w półfinale Konferencji Zachodniej, a nawet w NBA Finals jak w 1993 roku. Sytuacja z obecnego sezonu wydarzyła się dopiero po raz piąty, po 1996, 1975, 1976 i 1978 roku. Tylko w tych latach na poziomie konferencyjnego półfinału nie było ani Lakers, ani Suns. Jeśli dodamy do tego fakt, że Golden State Warriors dopiero trzeci raz od 1991 roku zagrają na wyższym szczeblu niż pierwsza runda, aktualny sezon w Dywizji Pacyfiku jawi się jako jeden z najbardziej nieobliczalnych i zaskakujących w historii. 

Nic przed sezonem nie zapowiadało na taki scenariusz jaki nastąpił, poza tym, że Phoenix nikt już nie stawiał w roli drugiej siły. Prym wieść miały zespoły grające w Staples Center, ale między kluby z Los Angeles skutecznie wdarli się koszykarze z Oakland. Klub z zachodniego wybrzeża po latach posuchy ponownie zaznaczyli swoją obecność w NBA nie tylko efektowną, ale też w końcu efektywną grą. Zresztą tą dywizję przez lata wyróżniał czasami szaleńczy basket, gdzie, w przeciwieństwie do siermiężnej obrony znanej w Eastern Conference, ofensywa liczyła się na pierwszym miejscu i wyniki sięgające powyżej 110 punktów w meczu były standardem. Dodatkowo ładna dla oka gra często szła w parze z wynikami, bo nawet Phoenix Suns grający szaloną koszykówkę w połowie pierwszej dekady XXI wieku, mimo, że mistrzostwa wówczas nie zdobyli, to byli i tak jednym z najlepszych zespołów w lidze. Patrząc z kolei na tegoroczne męczarnie Suns i Lakers, nie tylko nie było ładnej gry, ale przede wszystkich wyników.

Jeszcze w sezonie 2009/2010 hierarchia była jasno ustalona: Lakers i Suns z rezultatami dobrze powyżej 50 zwycięstw w sezonie regularnym (później finaliści Western Conference), a na drugim biegunie Clippers, Warriors i Kings, gdzie nikt z tej trójki nie zdołał przekroczyć granicy 30 wygranych spotkań. Pierwsze oznaki tego co nastąpiło w obecnym sezonie, można było natomiast zauważyć już w 2011 roku przed lokautem. Początek słabnącej pozycji Lakers, stopniowe osuwanie się w cień Suns po transferze Amar'e Stoudemire'a oraz z drugiej strony lepsza gra Warriors i początek występów Blake'a Griffina, to wszystko było zapowiedzią zmian, które miały dopiero nadejść. Skrócony sezon z powodu lokautu już te zmiany urzeczywistnił: krytykowani przez długi czas Lakers, miejsce Phoenix w walce o prymat w dywizji zajęli mocno wzmocnieni lokalni rywale z Los Angeles, a Golden State akurat zaliczyli wówczas regres w porównaniu z poprzednim sezonem, ale też w trakcie rozgrywek w wyniku wymiany stracili jednego ze swoich liderów, Monte Ellisa, w zamian otrzymując między innymi i tak niezdolnego do gry Andrew Boguta.

Przed obecnym sezonem w kontekście walki o play-off role podzielono jasno - Lakers na czele Konferencji Zachodniej, Clippers w ścisłej czołówce, Suns przy sprzyjających okolicznościach walka o pozycję 8-10, Warriors i Kings wybiorą się na wcześniejsze wakacje. Jedyne co zachowało się zgodnego z tradycją Pacific Division to ofensywna gra większości organizacji. W pierwszej dziesiątce najlepszych drużyn NBA w ataku znalazły się aż cztery, które rzucały średnio powyżej 100 punktów na mecz. Jedynie Suns nie potrafili tego dokonać, ale patrząc na ogólną jakość składu i brak ładu grze nie powinno to dziwić. W całym sezonie, swoim najgorszym od 1969 roku, Phoenix mogło zwrócić uwagę kibiców chyba tylko grą w niektórych meczach w pamiętnych i świetnych koszulkach retro z czasów, kiedy biegali w nich Charles Barkley i jeszcze w miarę "trzymający wagę" Oliver Miller.


Największym zaskoczeniem na plus jest oczywiście postawa podopiecznych Marka Jacksona, który od początku swojej pracy zapowiedział wzmocnienie tego co kulało w Oakland od lat, czyli szczelnej defensywy. O ile w pierwszym sezonie wiele to nie zmieniło, bo Warriors mieli dopiero 28. obronę w lidze, ale w obecnym zmieścili się już w pierwszej dwudziestce. Dokładając do tego jeszcze lepszą grę Stepha Curry, dobrze spożytkowane ostatnie dwa drafty (Harrison Barnes, Festus Ezeli i przede wszystkim Klay Thompson), dojście Boguta i Jarretta Jacka, okazało się, że w zupełności to wystarczyło do zrobienia furory w bardzo silnej i wyrównanej Konferencji Zachodniej. Już sam wynik z regular season był rewelacyjny, a przejście Denver Nuggtes jest już wynikiem powyżej 100% normy, tego co Golden State mogło w tym sezonie wykonać. 

To co wydarzyło się w obecnym sezonie w Pacific Division, może na kilka lat zmienić oblicze w tej grupie zespołów. Cały czas względnie młodzi Warriors, silni Clippers (jeśli nie odejdzie Chris Paul) powinni na dłużej zakotwiczyć w play-offach. Patrząc na perypetie personalne Suns i Kings (w tym przypadku także te pozasportowe), trudno liczyć, by w najbliższym czasie wiele się tam zmieniło. Do sytuacji Sacramento można zresztą się już przyzwyczaić, przecież po zakończeniu ery Ricka Adelmana Kings dryfują na nizinach NBA już siódmy rok. Jak to po nieudanym sezonie, niewiadomą stanowią Lakers, ale wątpliwe, żeby znów nie przypuścili ataku nie tylko na play-offy, ale przede wszystkim dużo wyżej. Chyba, że w wyniku pewnych nieszczęśliwych okoliczności nastąpi powtórka z mrocznych czasów  sezonu 2004/2005. A jak mówił jeszcze jesienią Metta World Peace, miała być powtórka, a nawet pobicie Chicago Bulls i ich 72-10...

piątek, 3 maja 2013

Draft 2012 - spełnione oczekiwania?


Draft 2012 był uważany na starcie za jeden z najlepszych po pamiętnym 2003 roku, kiedy w jednej chwili do ligi weszli LeBron James, Dwyane Wade, Carmelo Anthony, Chris Bosh. Mimo, że debiutanci byli przez cały czas wyraźnie w cieniu i poza jednym przypadkiem rzadko znajdowali się na pierwszym planie, o faktycznej sile ubiegłorocznego draftu będzie można przekonać się za kilka lat. Po pierwszym sezonie i tak jest w lepszej sytuacji niż niejedna loteria po 2003 roku.

Nagrodę dla najlepszego debiutanta obecnego sezonu słusznie zdobył Damian Lillard, który od pierwszego meczu był jednym z motorów napędowych Portland Trail Blazers. Lillard był jednak wybrano dopiero z 6. numerem, a było to w dużej mierze spowodowane uczelnią, a dokładnie słabą uczelnią Weber State, w której na parkietach NCAA grał Lillard. Portland podjęło jednak ryzyko i ich zawodnik ponownie, po siedmiu latach od nagrody przyznanej Brandonowi Royowi, jest najlepszym debiutantem sezonu. Narybek 2012 roku to jednak oczywiście nie tylko Lillard, który i tak zaatakował z drugiego szeregu. Od występów jeszcze w barwach Kentucky Wildcats silnie lansowano na jedynkę Anthony Davisa, którą później w czerwcowym drafcie i tak się okazał. Po zdobyciu dodatkowo mistrzostwa olimpijskiego to Davis miał w cuglach zdobyć nagrodę Rookie Of The Year, ale przeszkodziły mu w tym kontuzje, jeszcze trochę surowy koszykarski warsztat i przede wszystkim klasa Lillarda. Davis nie zawiódł, ale również nie okazał się póki co drugim Kevinem Garnettem, ani żadnym ósmym cudem świata. Z czasem na pewno się rozwinie, ale na tą chwilę wymagania w stosunku do umiejętności czysto koszykarskich były wobec niego za duże. Świetny w defensywie już w NCAA (kończył uczelnię ze średnią 4,65 bloków na mecz!), w ofensywie z silniejszymi rywalami miewał problemy jak np. w wielkim finale z Kansas w 2012 roku. 


Z debiutantów dobre wrażenie po sobie pozostawili gracze z pozycji rzucającego obrońcy wybrani w drafcie po sobie: Bradley Beal (nr 3) i Dion Waiters (nr 4), którzy mimo wahań formy pierwszy sezon mogą uznać za udany. Z czasem powinni być jeszcze lepszymi strzelcami, a Beal ma na pewno potencjał by w niedalekiej przyszłości stać się uczestnikiem All-Star. Waiters, wybrany trochę sensacyjnie z bardzo wysokim numerem, nie zawiódł i w przyszłości duet Kyrie Irving - Waiters może siać postrach na obwodzie. Dobre wrażenie pozostawił po sobie Harrison Barnes, który jako jedyny z czołowych debiutantów ma okazję grać teraz w play-offach, będąc dodatkowo graczem pierwszej piątki Golden State Warriors. To był dobry wybór, a jedyne co można mu zarzucić to jeszcze bardzo nieustabilizowana forma, bardzo często przeplata mecze dobre ze słabszymi, ale to też z czasem powinno się zmienić. 

Z wysoko wybranych więcej można było oczekiwać po Thomasie Robinsonie, który po karierze w NCAA wydawał się gotowym produktem od razu do gry NBA, Michaelu Kiddzie-Gilchriście (w słabych Bobcats drugi numer draftu musi się wyróżniać). Swoje pięć minut w sezonie miał Terrence Ross, na razie mało jeszcze wykorzystywany przez Toronto, ale kiedy grał to pokazał, że może być z niego z czasem niezły zawodnik. Na razie Ross zabłysnął szczególnie w czasie Weekendu Gwiazd, gdzie wygrał konkurs wsadów. Andre Drummond wybrany przez Pistons to bardzo ciekawy podkoszowy, który na razie gra jeszcze stosunkowo niewiele minut, ale świetnie je wykorzystuje: gdyby wziąść pod uwagę wskaźnik PER-36 to Drummond notował w sezonie średnie 13,8 punktów i aż 13,2 zbiórek. Nieźle jak na ligowego żółtodzioba, który niebawem z Gregiem Monroe może stworzyć pod koszem duet nie do przejścia dla rywali. Poza w miarę trafnymi wyborami sporo było także rozczarowań i przejawów niedosytu, bo więcej należało oczekiwać od Austina Riversa, Royce'a White'a, Kendalla Marshalla i jeszcze kilku innych. Z dalszych numerów ciekawie zaprezentował się ten, który planowo zostałby wybrany dużo wyżej, czyli Jared Sullinger. Widać, że drzemie w nim nie tylko potencjał, ale także podatność na kontuzje. Ponadto póki co żaden zawodnik wybrany w drafcie 2012 z niższymi numerami poważniej nie zaistniał jeszcze w NBA ( ewentualnie Festus Ezeli?). Jak na razie zawodnicy z drugiej rundy pełnią głównie epizodyczne role i stanowią dla poszczególnych ekip najczęściej rzadko wykorzystywaną głęboką rotację. Być może dopiero z czasem ujawni się kolejna wersja Manu Ginobiliego.

Opinie jakoby ostatnia draftowa loteria powinna być jedną z lepszych w ostatnich latach podsycała zainteresowanie od początku sezonu. Każdego roku liga akademicka "produkuje" kilku koszykarzy o potencjale na miarę występów w Meczach Gwiazd. Warto przyjrzeć się jak prezentowały się poprzednie roczniki na starcie swoich zawodowych karier. Więc w latach 2004-2011 NBA zasiliło sporo zawodników, którzy zdążyli niejednokrotnie zagrać w All-Star. Zdarzało się, że eksplodowali dopiero z czasem, doskonały jest tutaj przykład Rajona Rondo, który nie od razu stał się nie tylko kluczowym rozgrywającym, ale też liczącym się debiutantem. Porównując draft 2012 do tych z lat 2004-2011 można wybrać z każdej loterii pięciu zawodników i zobaczyć ich osiągnięcia w debiutanckim sezonie. Na tej podstawie można porównać, czy ostatni nabór rozczarował, okazał się lepszy niż przewidywano czy po prostu w pełni odzwierciedla już na starcie pozycję tego naboru w historii. Oto pięciu wybranych zawodników z draftów 2004-2012 i ich średnie w sezonie regularnym:

2012: Damian Lillard 19,0 pkt; 3,1 zb; 6,5 as; Anthony Davis 13,5 pkt; 8,5 zb; 1,0 as; Dion Waiters 14,7 pkt; 2,4 zb; 3,0 as; Bradley Beal 13,9 pkt; 3,8 zb; 2,4 as; Harrison Barnes 9,2 pkt; 4,1 zb, 1,2 as;

2011: Kyrie Irving 18,5 pkt; 3,7 zb; 5,4 as; Brandon Knight 12,8 pkt; 3,2 zb; 3,8 as; Kemba Walker 12,1 pkt; 3,5 zb; 4,4 as; Klay Thompson 12,5 pkt; 2,4 zb; 2,0 as; Kenneth Faried 10,2 pkt; 7,7 zb; 0,8 as;

2010: John Wall 16,4 pkt; 4,6 zb; 8,3 as; DeMarcus Cousins 14,1 pkt; 8,6 zb; 2,5 as; Greg Monroe 9,4 pkt; 7,5 zb; 1,3 as; Wesley Johnson 9,0 pkt; 3,0 zb; 1,9 as; Paul George 7,8 pkt; 3,7 zb; 1,1 as;

2009: Tyreke Evans 20,1 pkt; 5,3 zb; 5,8 as; Stephen Curry 17,5 pkt; 4,5 zb; 5,9 as; Brandon Jennings 15,5 pkt; 3,4 zb; 5,7 as; Jonny Flynn 13,5 pkt; 2,4 zb; 4,4 as; James Harden 9,9 pkt; 3,2 zb; 1,8 as;

2008: Derrick Rose 16,8 pkt; 3,8 zb; 6,1 as; O.J. Mayo 18,5 pkt; 3,8 zb; 3,2 as; Eric Gordon 16,1 pkt; 2,6 zb; 2,8 as; Russell Westbrook 15,3 pkt; 4,9 zb; 5,3 as; Brook Lopez 13,0 pkt; 8,1 zb; 1,0 as;

2007: Kevin Durant 20,3 pkt; 4,4 zb; 2,4 as; Al Horford 10,1 pkt; 9,7 zb; 1,5 as; Jeff Green 10,5 pkt; 4,7 zb; 1,5 as; Mike Conley 9,4 pkt; 2,6 zb; 4,2 as; Thaddeus Young 8,2 pkt; 4,2 zb; 0,8 as;

2006: Brandon Roy 16,8 pkt; 4,4 zb; 4,0 as; Andrea Bargnani 11,6 pkt; 3,9 zb; 0,8 as; Adam Morrison 11,8 pkt; 2,9 zb; 2,1 as; Rudy Gay 10,8 pkt; 4,5 zb; 1,3 as; LaMarcus Aldridge 9,0 pkt; 5,0 zb; 0,4 as;

2005: Chris Paul 16,1 pkt; 5,1 zb; 7,8 as; Charles Villanueva 13,0 pkt; 6,4 zb; 1,1 as; Channing Frye 12,3 pkt; 5,8 zb; 0,8 as; Raymond Felton 11,9 pkt; 3,3 zb; 5,6 as; Deron Williams 10,8 pkt; 2,4 zb; 4,5 as;

2004: Dwight Howard 12,0 pkt; 10,0 zb; 0,9 as; Emeka Okafor 15,1 pkt; 10,9 zb; 0,9 as; Ben Gordon 15,1 pkt; 2,6 zb; 2,0 as; Luol Deng 11,7 pkt; 5,3 zb; 2,2 as; J.R. Smith 10,3 pkt; 2,0 zb; 1,9 as;

Wydaje się, że debiutanci z obecnego sezonu ustępują tylko rookies z roczników 2008 i 2009, tutaj nie ma co do tego wątpliwości. Rose, Gordon, Westbrook, Curry w swojej krótkiej przecież karierze bardzo szybko potwierdzili swoją klasę, dodatkowo poza występami w NBA, już w 2010 roku zdobyli mistrzostwo świata. W zupełności wzmocnili swoją wysoką pozycję, na którą pracowali i tak już od pierwszego sezonu, z czasem jeszcze bardziej się rozwijając. A trzeba pamiętać, że wtedy wybrani zostali także Kevin Love i Blake Grifiin, który nie był brany pod uwagę w zestawieniu z uwagi na brak gry w swoim teoretycznie pierwszym sezonie. Z pozostałymi draftami, choć jak się okazało - dostarczyły do NBA takie sławy jak Howard, Paul, Deron Williams, Durant, ostatni rocznik może już spokojnie konkurować. Oczywiście biorąc pod uwagę tylko wyniki z pierwszego sezonu.

Dopiero w ciągu najbliższych dwóch-trzech sezonów okaże się, czy ostatnie wybory pójdą śladem Adama Morrisona, czy jednak potwierdzą opinie jeszcze z czasów akademickich. Przyglądając się każdego roku na rookies nie ma tez przypadku, że najlepiej radzą sobie głównie rozgrywający i ogólnie gracze niewysocy. Zawodnicy z pozycji 4-5 często jeszcze surowi technicznie, bez odpowiedniej masy nie mają szans z weteranami pokroju Garnetta czy Tima Duncana. Łatwiej przystosować się rozgrywającym, a potwierdzeniem tego jest właśnie Damian Lillard, kontynuujący tradycję i będący czwartym w przeciągu ostatnich pięciu lat point guardem, który otrzymał nagrodę dla najlepszego debiutanta. Generalnie jeśli o talentach 2012 mówiono, że to może być jeden z lepszych draftów po słynnym 2003 roku, to na tą chwilą można w jakimś stopniu się z tym zgodzić. Aby zrobić to w pełni, potrzeba do tego kilku najbliższych lat i efektywnych eksplozji chociaż kilku talentów.

środa, 1 maja 2013

Bałkańskie potęgi w odwrocie.


Przez lata Półwysep Bałkański uchodził za główne źródło "produkcji" gwiazd europejskiego formatu. Symbolem była Jugosławia, która przez lata, nawet po powstaniu nowych państw, świetnie sobie radziła na wielkich turniejach. Dziś ani Serbowie, ani Chorwaci - dwie główne podpory dawnej Jugosławii, nie mają takiej siły rażenia jak jeszcze na początku XXI wieku.

Na początku lat 90. po rozpadzie dawnej Jugosławii na mapie Europy pojawiły się nowe państwa, a dla koszykówki największe znaczenie miało powstanie Chorwacji i "nowej" Jugosławii (Serbowie i Czarnogórcy). Dwie siły, których koszykarze jeszcze w 1991 roku zdobywali mistrzostwo Europy w Rzymie pod jednym sztandarem. Z uwagi na politykę serbscy gracze nie mogli zagrać na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, a rolę głównej bałkańskiej siły przejęli Chorwaci. Wracając do Jugosławii, reprezentanci tego kraju pojawili się na wielkim turnieju dopiero w 1995 roku, kiedy od razu zdobyli mistrzostwo Europy. Jugosłowianie jako najlepsza drużyna Europy tamtej epoki wygrywała też w ME 1997, 2001, a latem 1999 roku przywiozła "tylko" brąz co było powszechnie uznawane za wypadek przy pracy. Jeszcze lepiej szło im na mistrzostwach świata, wszak wygrali je dwukrotnie z rzędu, w 1998 i 2002 roku, skrzętnie wykorzystując kryzys USA. Z kolei na igrzyskach olimpijskich w Atlancie Jugosławia zagrała w przegranym finale z Dream Teamem III, ale przez spory czas tego pamiętnego spotkania dotrzymywała kroku Amerykanom, którzy przez około trzydzieści minut nie mogli znaleźć sposobu na twardą bałkańską koszykówkę. Zresztą finał z Atlanty był tym, który powinien mieć miejsce już w Barcelonie, kiedy Jugosławia prawdopodobnie miała swój najlepszy zespół w historii. Po Atlancie, na kolejnych igrzyskach w Sydney przyszło rozczarowanie, bo inaczej nie można nazwać braku awansu do strefy medalowej, nawet mimo absencji w składzie Vlade Divaca i Predraga Danilovicia. Był to najsłabszy występ zamykający pełen triumfów XX wiek. A za tymi wszystkimi sukcesami do 2002 roku stały już wtedy trenerskie legendy: Dusan Ivkovic, Zelijko Obradovic i Svetislav Pesic.


Aż tak dobrze jak Serbom nie wiodło się po rozpadzie starej Jugosławii reprezentacji Chorwacji, ale kilkukrotnie bardzo mocno zaznaczyli swoją obecność na mistrzowskich turniejach. Oczywiście najbardziej pamiętna Chorwacja to ta z finału barcelońskich igrzysk, jeszcze z Drażenem Petroviciem w składzie, ale silną pozycję potwierdzili na Eurobasketach '93 i '95, skąd przywieźli brązowe medale. Niezwykle udany okazał się także debiut na mistrzostwach świata w Kanadzie, gdzie w 1994 roku Chorwaci także zajęli trzecie miejsce. Wszystkie wymienione medale w tych latach zdobywały takie legendy jak chociażby Toni Kukoc, Dino Radja czy znany później z występów w PLK, Vladan Alanovic. Zresztą nawiązując do PLK nie można zapominać o Żanie Tabaku, jednym z najważniejszych ogniw złotego bałkańskiego pokolenia i o Alanie Gregovie, który z Chorwacją zdobył medale w latach 1992-1993.

W momencie zakończenia karier przez wielu przedstawicieli złotej generacji oczywiste było, że o sukcesy będzie trudniej niż dotychczas, ale chyba nikt nie przewidywał, że sztandarowe reprezentacje z półwyspu bałkańskiego na tak długo stracą rolę hegemona europejskiego basketu. Wraz z odejściem od nazwy Jugosławia odeszły także triumfy na parkiecie - po złocie na MŚ w Indianapolis, gdzie drużyną świetnie dyrygował Dejan Bodiroga, od 2003 Serbów dotyka pasmo rozczarowań, tylko na chwilę przerwane w trakcie polskiego EuroBasketu. W pięciu ME tylko jeden srebrny medal to dorobek dużo poniżej oczekiwań całej serbskiej społeczności, rozkochanej w koszykówce. Odzyskać tytułu nie pomogła nawet organizacja turnieju w Belgradzie, gdzie doszło do klęski, bo dziewiątego miejsca inaczej nazwać nie można. Podobne rozczarowanie przeżyto rok później, kiedy na MŚ 2006 Serbia nie zmieściła się nawet w dziesiątce. Wydawało się, że lepsze czasy nadeszły wraz z ponownym objęciem selekcjonerskiego stołka przez Ivkovicia i rzeczywiście początek pracy napawał sporym optymizmem: srebro po przegranym finale Hiszpanią w Spodku i po fantastycznym półfinałowym meczu ze Słowenią oraz czwarte miejsce na MŚ rok później. I póki co są to ostanie dobry wyniki, bo przeciętny wynik na ostatnim EuroBaskecie, brak kwalifikacji do Londynu, podobnie zresztą jak cztery lata wcześniej do Pekinu, sprawia, że Serbii pociąg z resztą światowej czołówki nieco odjechał. Jeszcze bardziej odjeżdża on jednak Chorwacji, która po 1995 roku nie zaliczyła już żadnego turnieju, w którym potrafiłaby awansować do strefy medalowej. Od 1997 roku najwyższe miejsce w EuroBaskecie to szósta lokata, a od tego czasu w turniejach olimpijskich i mistrzostw świata łącznie uczestniczyli zaledwie dwa razy. Ostatni mistrzowski turniej, ME na Litwie, też zakończył się klapą, czyli miejscami 17-20. Okazją do rehabilitacji, zarówno dla Serbii i Chorwacji, będzie wrześniowy EuroBasket rozgrywany na słoweńskich parkietach, a więc na terenie dawnej zjednoczonej Jugosławii. Słoweńcy zresztą przejęli pałeczkę po Chorwatach i to oni są najlepszym zespołem obok Serbii na Bałkanach w ostatnich latach. A jeszcze na Litwie rewelacją byli przecież Macedończycy, awansujący po raz pierwszy do półfinału ME.

Tak jak kiedyś Serbowie wygrywali w cuglach mistrzostwa Europy, tak dziś niezmiernie trudno byłoby to powtórzyć w wewnętrznych mistrzostwach Półwyspu Bałkańskiego, gdyby takowe były rozgrywane, o Chorwatach już nawet nie wspominając. Rozpoczęty proces przebudowy przez Ivkovicia w celu stawiania na młodzież ma sens, wszak w Serbii nadal rodzi się całkiem dużo talentów, w kategorii U-20 byli przecież mistrzami Europy w 2007 i 2008 roku, ale nie przekłada się to później specjalnie na seniorską reprezentację. Oczywiście nie brakuje indywidualności jak Milos Teodosic, Nenad Krstic czy Nemanja Bjelica, ale już zebrać całą dwunastkę, która mogłaby walczyć o prymat w Europie, dziś byłoby o to trudno. Ponadto nie słychać dziś o znaczących serbskich graczy w NBA, przecież porównania Sashy Pavlovicia do jeszcze niedawno grającego Peji Stojakovicia nie mają najmniejszego sensu. Jest wielu koszykarzy porozsiewanych po całej Europie, solidnych, ale by stworzyć choćby kadrę zbliżoną do tej z 2002 roku w najbliższym czasie raczej nie ma co liczyć. Serbia i tak jest w dużo lepszej sytuacji niż nasz grupowy rywal na wrześniowym EuroBaskecie, któremu ciężko będzie po raz kolejny zagrać o coś więcej niż tylko co najwyżej awans do ćwierćfinału. Najwięcej nadziei wiąże się z 19-letnim Dario Sariciem, który ma być najlepszym chorwackim koszykarzem od czasu Toni Kukoca. Na razie zdążył poprowadzić swoją młodzieżową reprezentację do Mistrzostwa Europy do lat 18. Być może dopiero ten zespół za dobrych kilka lat na czele z Sariciem pozwoli przypomnieć Chorwatom sukcesy z pierwszej połowy lat 90. Na dziś jednak Hrvatska to trochę taki zespół bez błysku, nawet mimo posiadania graczy tej klasy co Roko-Leni Ukic, Bojan Bogdanovic, Marko Popovic, Zoran Planinic, Ante Tomic, Polska wcale nie stoi na straconej pozycji na najbliższym EuroBaskecie.

O medale Serbii i Chorwacji będzie bardzo trudno nie tylko ze względu na słabszy niż kiedyś koszykarski narybek. W ostatnich dwudziestu latach zmienił się też układ sił w europejskiej koszykówce. W latach 1992-1998 na siedmiu wielkich turniejach prym wiodła dawna Jugosławia oraz kraje dawnego Związku Radzieckiego. W tym czasie na MŚ, ME i IO z krajów szeroko pojętej Europy Zachodniej po jednym medalu zdobywały tylko sensacyjnie Niemcy oraz Włochy, resztę podzielili między sobą Jugosłowianie, Chorwaci, Rosjanie i Litwini. Dziś patrząc na wielkie turnieje i rozgrywki juniorskie widać wyraźnie, że główne europejskie siły stanowią Hiszpanie, Francuzi, którzy także stale dostarczają kolejne talenty na parkiety NBA, rozbudowując i tak już spore siatki swoich przedstawicieli w najlepszej lidze świata. Na jeszcze wyższym poziomie niż kiedyś są także Grecy, a ze starych potęg najlepiej radzi sobie obecnie Rosja. Zresztą koszykarska Europa zrobiła się na tyle wyrównana, że jest spora grupa reprezentacji, która w każdych kolejnych mistrzostwach może stanąć na podium. Z automatu przed każdym turniejem wymienia się w tym gronie także Serbów i Chorwatów, ale na końcu gdzieś giną w peletonie. Najbliższa okazja, by to zmienić już we wrześniu na terenie dawnej Jugosławii, gdzie tuż za rogiem Serbii i Chorwacji wyrośli rywale już nie do zlekceważenia. Słoweńcy, Macedończycy, Czarnogórcy, Bośniacy - każdy z tych krajów posiada koszykarzy, którzy mogliby spokojnie znaleźć się w dzisiejszej kadrze Serbów. Patrząc na liczbę reprezentacji mogących namieszać w tym regionie, zapożyczenie do koszykówki politycznego pojęcia "bałkański kocioł" jest jak najbardziej na czasie.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Koszykarska misja na Marsa.



Od kilkunastu lat przewija się temat ekspansji NBA na Europę, której finałem byłoby powstanie europejskiej dywizji NBA. Lata mijają, a wciąż pojawiają się tylko mgliste głosy typu "za dziesięć lat...". Zbliżający się Final Four Euroligi jest doskonałą okazją, by Stary Kontynent pokazał  światu swoje najlepsze działa.

Final Four 2013 zgromadzi cztery zespoły, które w pełni zasługują na określenie ich jednych z najlepszych w Europie. CSKA Moskwa i Olympiakos Pireus to ubiegłoroczni finaliści, gdzie trochę sensacyjnie triumfowali Grecy. W tym roku także wyżej stoją akcje CSKA, absolutnego giganta i zespołu praktycznie kompletnego pod każdym względem. Ettore Messina na ławce trenerskiej, Milos Teodosic na rozegraniu, pod koszem Nenad Krstic i rosyjska armia zaciężna, do tego świetny Sonny Weems. Rosjanie na początku nieco rozczarowywali, ale im bliżej do końca sezonu, tym ich gra jest coraz lepsza i w półfinale będącym rewanżem za ubiegły sezon to CSKA jest faworytem. Podobnie było rok temu, jednak Vassilis Spanoulis z kolegami zniweczyli wtedy plany rosyjskiego potentata. Drugi półfinał w turnieju najlepszych ekip Euroligi to prawdziwy klasyk: Real Madryt vs. FC Barcelona Regal. Więcej o świętej wojnie było już w innym miejscu i tutaj wiele dodawać o takiej rywalizacji nie trzeba. Real ma rachunki do wyrównania za spotkania na przestrzeni ostatniego roku i wydaje się być nieco przed Barceloną. Tak było też przed ćwierćfinałem Pucharu Króla, a wygrała i tak Barcelona. Jednak w przeciwieństwie do rywalizacji w piłkarskiej Lidze Mistrzów, w koszykówce jeden z dwóch wielkich zespołów ma już zapewniony awans do wielkiego finału najważniejszych europejskich rozgrywek. Miejsce Final Four jest również nieprzypadkowe - hala 02 Arena w Londynie to miejsce szczególne na mapie sportowej i nie tylko w Europie, tam ostatniego lata odbywał się finał igrzysk olimpijskich między USA a Hiszpanią, a także obecnie jest to miejsce, gdzie ostatnio odbywały się mecze sezonu regularnego NBA.

Londyński turniej jest kolejną okazją, aby wrócić do koszykarskiej wersji misji na Marsa, czyli rozszerzenia NBA o europejską dywizję. Mija właśnie dziesięć lat od rzucenia pomysłu przez Davida Sterna ekspansji najlepszej ligi świata na Europę. Przez dekadę od słów Sterna nie zmieniło się praktycznie nic, a przecież sam on zapowiadał, że w dziesięć lat powinno coś się w tej materii zmienić. Wszelkie zmiany postępują jednak w bardzo powolnym tempie, by stwierdzić, że stworzenie europejskiej dywizji jest możliwe w przeciągu kolejnych dziesięciu lat. Też Europa przestała być jedynym atrakcyjnym rynkiem dla NBA - potęga Chin i ogólnie rynku azjatyckiego, obecne plany Sterna na ekspansję NBA na tak wielkie rynki jak Indie i Brazylia pokazują, że póki co zainteresowanie Europą nie jest obecnie w kręgach NBA "trendy". Oczywiście pod względem sportowym kontynent europejski cały czas jest jedynym poważnym terenem dla Amerykanów: tylko stąd kluby są w stanie rywalizować w meczach przedsezonowych na chociaż przybliżonym poziomie, to tutaj ciągle rodzi się najwięcej przyszłych gwiazd NBA. Nikt z tego nie zrezygnuje, zwłaszcza, że też przynosi to określone pieniądze, ale sytuacja sprzed kilkunastu lat, kiedy dla Sterna liczyła się tylko Europa, już się nie powtórzy. Tym bardziej w dobie kryzysu w wielu państwach Unii Europejskiej, zwłaszcza w krajach tak ważnych dla basketu jak Grecja czy Hiszpania. 


Zakładając jednak, że takie rozszerzenie o Europę jest realnym planem, warto byłoby się zastanowić kto mógłby reprezentować nasz kontynent w NBA. Obecnie wśród pięciu zespołów mogących stworzyć taką dywizję na pewno znalazłoby się miejsce dla Realu, Barcelony, CSKA, ponadto warto byłoby zastanowić się nad takimi kandydaturami jak Olympiakos, Maccabi Tel-Awiw lub któryś z klubów tureckich. Niestety dla NBA wystarczająco silnych zespołów nie ma w tak strategicznych miastach jak Londyn, Paryż czy nawet Berlin. Chyba, że NBA marzy się stworzenie klubów od podstaw, jak to dzieje się w najlepszej lidze świata. Wtedy kandydatury stolic Wielkiej Brytanii czy Francji byłyby jak najbardziej na miejscu. W Madrycie, Rzymie, Moskwie i innych stolicach nikt nie da się jednak na to nabrać. Paryż, Londyn i Berlin nie są wymienione przypadkowo, bo w każdym z tych miast znajdują się areny z pojemnością około 20 000 widzów. Generalnie hale są obecnie chyba najmniejszym problemem w temacie NBA w Europie, bo w wielu miastach są ogromne obiekty, które są zbliżone do realiów amerykańskich. Składy zespołów też nie wydają się problemem nie do przeskoczenia - po wzmocnieniu europejskich klubów losami w drafcie, zawodnikami z pozostałych ekip NBA, taki europejski team mógłby powstać. Vancouver Grizzlies bis? Bardzo możliwe, podobnie jak słabsza wersja "europejskich" Toronto Raptors. Geografii jednak nie da się oszukać i problemy logistyczne pozostaną, bez względu na to jakimi składami personalnymi taki Real czy Barcelona będą dysponować. Problemy logistyczne oraz finansowe: odrębne kwestie podatkowe, sposób finansowania, cały czas sprawiają, że stworzenie europejskiej dywizji będzie jeszcze trudniejsze niż wysłanie człowieka na Marsa.

Koszykarska Europa wcale nie musi dążyć do kooperacji z NBA za wszelką cenę, tutaj Euroliga stanowi coraz większą siłę. Rozbudowane od obecnego sezonu rozgrywki pokazują, że stworzenie dwóch 8-zespołowych grup miało jak najbardziej sens. Pojawiają się nawet głosy, aby rozszerzyć Euroligę nawet do 32 zespołów. To już nie są odległe czasy McDonald's Cup, kiedy najlepsze zespoły Europy prosiły tylko o najmniejszy wymiar kary od teamów NBA będących w mocno wakacyjnej formie. Zresztą zamiast rozmawiać o mglistych  jak na razie perspektywach NBA w Europie, bardziej realne wydaje się kiedyś stworzenie jednej stałej europejskiej superligi. Póki co najlepszą odpowiedź na to, czy Stary Kontynent może być gotowy na NBA, Euroliga może udzielić już niebawem - w dniach 10-12 maja w Londynie podczas swojego Final Four.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Podział jak zza żelaznej kurtyny.


Rozpoczął się okres NBA Playoffs 2013. Sezon regularny pokazał po raz kolejny jak dwie konferencje jednej ligi nie są sobie równe. Trudno nie zauważyć, że większe zainteresowanie będzie towarzyszyć rywalizacji na zachodzie. Chyba, że Milwaukee zacznie od dwóch zwycięstw w Miami. Jest to tak samo prawdopodobne jak większa atrakcyjność meczów rozgrywanych na wschodnim wybrzeżu w całych play-offach. Obecnie wschód z mocarstwem w postaci Miami i mocny jako całość zachód, luźno porównując, wyglądają jak niegdyś świat zza żelaznej kurtyny.

Sytuacja Miami Heat zaczyna powoli przypominać sytuację w jakiej Chicago Bulls znajdowało się w latach 90-tych. Pewne pierwsze miejsce w Eastern Conference stawiają Heat w roli zdecydowanych reprezentantów wschodu w NBA Finals po raz trzeci z rzędu. Po raz ostatni w tej konferencji zdarzyło się to właśnie w czasach trylogii Bulls w latach 1996-1998. Tak jak Bulls mieli zawsze za plecami wąski peleton, nie inaczej jest w przypadku zespołu z Florydy. Na papierze jedynie New York Knicks powinni poważnie realnie zagrozić Heat, bo trudno liczyć, by czterokrotnie najlepszą drużynę konferencji pokonały ekipy z Indiany, Brooklynu, Chicago, Atlanty czy Bostonu. Są to solidne do bólu zespoły, ale finał konferencji wydaje się absolutnym szczytem każdego z nich. Tak jak potrzeba było odejścia Michaela Jordana i spółki, żeby do finału dostali się Knicks, a potem Pacers, tak i teraz bez nagłych zmian w Miami trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek inny niż obecni mistrzowie reprezentowali w finałach Eastern Conference. Więcej dylematów jest w Western Conference. Tu nawet na przełomie wieków i mimo trzech mistrzostw z rzędu Los Angeles Lakers nie można powiedzieć, że nie mieli wówczas konkurencji: pamiętne serie z Blazers, Kings są jednymi z najlepszych w ostatnich kilkunastu latach. Siła konkurencji sprawia, że na dobrą sprawę naprawdę poważne granie we wszystkich parach zaczyna się w przeciwieństwie do wschodu, już od pierwszej rundy. Thunder, Spurs, Nuggets, Clippers, a są jeszcze mający już ugruntowaną markę Grizzlies, rewelacyjni Warriors, nieprzewidywalni Rockets i wyśmiewani w sezonie regularnym Lakers. W porównaniu do poprzedniego sezonu nie zabrakło także świeżej krwi, dość statycznych Mavs i solidnych, ale nie przekraczających pewnego poziomu Jazz zastąpiły rewelacje z Oakland i Houston. Przy całym szacunku dla Dirka Nowitzkiego i Ala Jeffersona, ale play-offy z Jamesem Hardenem i Stephem Curry wydają się lepszym rozwiązaniem. 


Porównując obie konferencje w sezonie regularnym do ubiegłego roku, jeszcze bardziej wzrosła przewaga Zachodu. Tak jak do rozgrywek posezonowych weszli Rockets i Warriors, tak w Eastern Conference miejsce Philadelphii i Orlando zajęli Nets i Bucks. Tylko Nets zrobili krok do przodu, ich miejsce w tabeli jest całkowicie zasłużone, natomiast awans Bucks jest trochę takim z braku laku. Magic i 76ers straciły, po jak się okazało, niekorzystnych dla siebie wymianach i póki co popadły w przeciętniactwo. Milwaukee awansowało ledwie z bilansem 38-44, gdy w drugiej konferencji ósme Houston skończyło sezon wynikiem 45-37. Albo Knicks (54-28) na zachodzie byliby dopiero na... szóstym miejscu. Te różnice między konferencjami widoczne są także w drugiej części tabeli - walczące do końca o play-offs Utah miało lepszy sezon regularny niż ekipa z Bostonu, od długiego czasu pewna gry w NBA dłużej niż tylko do połowy kwietnia. Nawet tak mizerne ostatnio Dallas jest tylko minimalnie gorsze od Celtics, a więc od ekipy, która teraz bierze udział w rywalizacji uważanej na najciekawszą na wschodzie. Nie inaczej jest na szarym końcu tabeli, wszak trzy najgorsze zespoły ligi także reprezentują konferencję wschodnią. Orlando, Charlotte i Cleveland byli gorsi nawet Phoenix Suns, mających swój najgorszy sezon od 1969 roku.

Po odejściu Jordana stwierdzenie o bogatym zachodzie i biednym wschodzie nabrało realnych kształtów. Po 1998 roku reprezentanci tej "biedniejszej" części zdobywali mistrzostwo tylko w 2004, 2006, 2008 i 2012 roku. Poza tytułem Pistons, pozostałe były poparte wielkimi transferowymi inwestycjami. Takie w ostatnich latach poczyniły tylko zespoły z Miami i Nowego Jorku, główni faworyci do udziału w finale konferencji. Tą drogą podąża Brooklyn Nets, ale tylko Celtics w 2008 roku udało się od razu po zbudowaniu "Wielkiej Trójki" wywalczyć tytuł. W przypadku Miami trzeba było po wielkich transferach dwukrotnie odczekać dwanaście miesięcy. Trochę odwrotnie jest na zachodzie, gdzie nie wystarczy tylko zrobić głośne transfery i liczyć, że konkurencja sama się ukłoni. Spurs i Thunder od dłuższego czasu wymieniają tylko pojedyncze elementy nie schodząc kolejny już sezon poniżej wysokiego poziomu. O tym przekonali się boleśnie dwanaście miesięcy temu choćby odmienieni Los Angeles Clippers sprowadzeni na ziemię przez San Antonio w czterech meczach. Spurs, w obliczu trwającej kolejny rok zadyszki bardziej sławnego zespołu z Los Angeles i popadnięciu Dallas w szarzyznę, jako ostatni bronią starego ładu na zachodzie ustanowionego na początku XXI wieku. 

Mimo poziomu i atrakcyjności meczów na zachodnim wybrzeżu, wbrew pozorom, to jednak w Eastern Conference w ostatnim czasie, koniec końców dochodziło do bardziej niespodziewanych rozstrzygnięć. Siły Eastern Conference w latach 1999-2012 były tak rozproszone, że w tym czasie mistrzostwo konferencji zdobywało aż dziewięć ekip - Heat (trzy razy), po dwa razy Nets, Pistons, Celtics i jednokrotnie Knicks, Pacers, 76ers, Cavs i Magic. Tylko pod tym względem zachód wygląda na bardziej "skostniały", wszak w tym samym czasie najlepsi w konferencji byli tylko Lakers (7 razy), Spurs (4 razy), Mavs ( 2 razy) i w ubiegłym roku Thunder. Wielce prawdopodobne, że do tych ekip z obu konferencji w czerwcu nie dołączy żadna nowa drużyna.

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Polscy" mistrzowie NCAA.


8 kwietnia wyłoniony zostanie kolejny mistrz NCAA. Prawie co roku tytuł zdobywa inna uczelnia, co sprawia, że i samych zawodników mających w swojej kolekcji mistrzostwo NCAA jest bardzo wielu. W Polsce grało już sporo znanych nazwisk, od medalistów olimpijskich po medalistów EuroBasketu, a także nawet mistrz świata. Całkiem pokaźna jest też reprezentacja koszykarzy mających za sobą mistrzostwo NCAA i w późniejszym czasie grę w PLK.

Mistrzostwo NCAA jest bardzo specyficznym trofeum. Zdarza się, że jest to tylko preludium do prawdziwej dorosłej kariery w NBA, ale w większości przypadków jest to już największy sukces w koszykarskim życiu, a ich posiadacze są na stale zapisani do historii akademickiego basketu. Po wspólnej grze na uczelni drogi mistrzowskich składów rozchodzą się, a wielu graczy rozbija się coraz po bardziej egzotycznych krajach dla przeciętnego Amerykanina. Samo zdobycie tytułu jest też zawsze odnotowywane w koszykarskim CV i przynajmniej na początku zawodowej kariery ma to jakieś znaczenie. Natomiast przy drafcie też nie ma się co kierować samymi rozgrywkami, bo wybór w drafcie i tytuł NCAA często nie idą w parze i zdarza się, że zawodnik, który nie grał nawet w March Madness będzie wyżej niż najlepszy gracz mistrzowskiego zespołu. Tak może być w tym roku, gdzie w prognozach wyżej stawia się na skrzydłowego Kentucky z simpsonową fryzurą, Nerlensa Noela niż jakiegokolwiek zawodnika tegorocznych uczestników Final Four. Jest w zasadzie przesądzone, że nie powtórzy się sytuacja sprzed roku, kiedy ze składu Kentucky Wildcats aż sześciu zawodników przeszło do NBA. 

Być może któryś z tegorocznych mistrzów NCAA kiedyś wzorem koszykarzy z poprzednich lat także zawita do Polski, aby tutaj kontynuować karierę. Pierwszym zawodnikiem, który zagrał w polskiej lidze mając za sobą występy w NBA, był Rick Calloway. Tak się składa, że był także pierwszym mistrzem NCAA grającym u nas. Były zawodnik Indiana Hoosiers w 1987 roku zdobył tytuł, będąc jednocześnie jako drugoroczniak jednym z najważniejszych ogniw zespołu. W NBA grał krótko, rozegrał jedynie jeden sezon (1990/1991) w Sacramento, po czym jego kariera z najlepszą ligą świata się skończyła. Po latach, kiedy Calloway był już 30-letnim koszykarzem, w sezonie 1996/1997 zagrał w barwach AZS Toruń, prezentując do tego spore umiejętności jak na standardy w polskiej lidze. Calloway był pionierem, a oczekiwano od niego cudów. Grał dobrze, ale też kibice spodziewali się po kimś mającym występy w NBA rzeczy wielkich. Potrzeba było dopiero kilku lat, żeby zrozumieć, że do Polski trafiały wówczas głównie spady tej ligi dodatkowo jeszcze sprzed prawie dziesięciu lat. Kolejnym mistrzem NCAA, który zawitał do PLK, był Dwight Stewart. Ten charakterystyczny środkowy z uwagi na wyraźną nadwagę, w 1994 roku zdobył tytuł najlepszej drużyny akademickiej z Arkansas, a od 1998 roku przez dwa sezony występował w Polsce, a konkretnie w Szczecinie i Toruniu. Spisywał się nieźle,szczególnie w Szczecinie, a poza występami w Polsce, grał także w tak egzotycznych miejscach jak liga islandzka czy wenezuelska. Calloway i Stewart zdobywali mistrzostwo, ale nie byli najważniejszymi zawodnikami swoich zespołów. Był w historii polskiej koszykówki zespół, o którym mówiło się prawdopodobnie najwięcej ze wszystkich w kontekście NCAA - to UCLA Bruins z 1995 roku. Czterech najważniejszych koszykarzy: Ed O'Bannon, Charles O'Bannon, Tyus Edney i Jiri Żidek w różnych okresach swoich karier trafili na parkiety PLK, a zewsząd do każdego podawano informację o mistrzostwie NCAA. Był jednak jeszcze jeden zawodnik z tego zespołu, który zagrał w Polsce przed całą czwórką, mowa tutaj o Ike'u Nwankwo. Nigeryjczyk debiutował w Treflu Sopot ledwie trzy lata po sukcesie z UCLA, ale w swoich dwóch sopockich przygodach zdołał rozegrać łącznie tylko dziewięć spotkań. W późniejszych latach występował w kilku klubach europejskich, a ma także na koncie występ z reprezentacją Nigerii na mistrzostwach świata w 2006 roku. 

Po Nwankwo pierwszym z liderów UCLA, który trafił na nasze parkiety był Charles O'Bannon, który na trwałe zapisał się w historii PLK, zdobywając mistrzostwo ze Śląskiem Wrocław i statuetkę MVP Finałów w 2000 roku. Poza finałami jednak szczególnie nie zachwycał, a trafiał do Polski praktycznie prosto z NBA, gdzie rozegrał dwa epizodyczne sezony w Detroit Pistons. Poza tym swoją karierę związał głównie z ligą japońską, przez co niejako automatycznie zniknął z horyzontu poważnego basketu. Bardziej znaczącym zawodnikiem dla UCLA i uchodzącym za większy talent był brat Charlesa, Ed O'Bannon. Najlepszy zawodnik mistrzowskiego składu z kalifornijskiej uczelni został wybrany w drafcie z bardzo wysokim dziewiątym numerem przez New Jersey Nets, ale jego kariera w NBA trwała ledwie dwa sezony. Później tułał się jeszcze po USA, Hiszpanii, Grecji i Argentynie, zanim trafił na dobre do PLK, gdzie spędził trzy sezony w trzech różnych zespołach. Sam przyjazd O'Bannona, który uchodził przecież za lepszego od swojego młodszego brata, był już wielkim wydarzeniem, ale nie dał Włocławkowi tytułu, na który było wtedy tam ogromne ciśnienie. Swoją klasę potwierdził także w Warszawie, a najsłabiej wypadł w Bydgoszczy, po czym jego polska kariera dobiegła końca. Gdy grał w Warszawie, spotkał się w polskiej lidze z kolegą z UCLA, Jirim Żidkiem. Wielki, nie tylko z uwagi na wzrost, czeski gracz rozegrał jeden sezon w Prokomie Trefl Sopot już w końcowej fazie swojej kariery. Przez kilka lat Żidek był nieosiągalnym celem i ideałem środkowego, którego chciały wtedy wszystkie czołowe polskie kluby. Zanim jednak pojawił się w PLK, podobnie jak Ed O'Bannon, został wybrany w pierwszej rundzie draftu. W NBA grał do 1998 roku, po czym wrócił do Europy, gdzie od razu zdobył swój największy sukces w karierze, czyli mistrzostwo Euroligi z Żalgirisem Kowno. Na Litwie Żidek grał z kolegą jeszcze z czasów Bruins, którym był oczywiście Tyus Edney, MVP pamiętnego Final Four Euroligi z 1999 roku. Edney trafił do Polski dużo później, już na samo zakończenie kariery, mimo to zaawansowany wiek nie przeszkodził mu prezentować dobrej gry Turowie Zgorzelec w 2009 roku. Edney to zresztą jeden z najbardziej utytułowanych zawodników kiedykolwiek biegających po polskich parkietach - do występów w NBA, mistrzostwa NCAA i Euroligi należy dopisać także mistrzostwa Litwy, Włoch, występ w meczu debiutantów w czasie Weekendu Gwiazd i sporo nagród indywidualnych. Szczególnie udana była jego przygoda z Benettonem Treviso, w którym grając na początku XXI wieku był supergwiazdą europejskiej koszykówki. 


W 2002 roku akademickie mistrzostwo zdobyła uczelnia Maryland, a w składzie był wówczas pierwszoroczniak o imieniu i nazwisku Ryan Randle. Amerykanin w mistrzowskim sezonie nie odgrywał wielkiej roli w rotacji Maryland, a na uczelni spędził jeszcze tylko sezon, po czym przeniósł się do Francji i kolejno do Śląska Wrocław. Na Dolnym Śląsku grał w ponad dwóch sezonach dość solidnie i był na pewno pożytecznym obcokrajowcem, ale jego pobyt we Wrocławiu zbiegł się akurat z początkiem chudszych lat wrocławskiej koszykówki, przez co tylko w pierwszym sezonie pobytu Randle zdobył medal mistrzostw Polski. Po przygodzie ze Śląskiem występował także we Włoszech oraz w Stanach, w D-League. Wraz ze słabnącą pozycją ligi i przyjazdem coraz nędzniejszych Amerykanów coraz trudniej było przekonać koszykarzy mających w karierze mistrzostwo NCAA do przyjazdu do Polski. Latem 2010 roku, po awansie do PLK Zastal Zielona Góra zdecydował się zakontraktować Waltera Hodge'a i portorykańczyk obecnie jest bezsprzecznie największą gwiazdą ligi. Hodge grając na uczelni Florida Gators zdobył dwa mistrzostwa NCAA i co rzadko się zdarza, były to sukcesy rok po roku (2006 i 2007). W obu tych sezonach nie pełnił jakiejś znaczącej roli w drużynie, ale trzeba pamiętać, że były to jego pierwsze lata nauki na Florydzie. Natomiast rok po drugim tytule Gators najlepszą uczelnią okazała się ekipa Kansas Jayhawks w składzie z aktualnym rozgrywającym Turowa, Russellem Robinsonem. W odróżnieniu od gwiazdy Stelmetu, Robinson mistrzostwem zwieńczył karierę na akademickich parkietach. Jak na tak krótką jeszcze seniorską karierę ma też sporo doświadczenia, występował już w Hiszpanii, Turcji, Włoszech skąd trafił niedawno do Zgorzelca.


Grupa koszykarzy z bagażem mistrzostwa NCAA trafiała do polskiej ligi w różnych okresach swoich karier: Hodge był w dorosłym baskecie na dobra sprawę jeszcze żółtodziobem, po którym nie wiadomo było czego można się spodziewać, bracia O'Bannon trochę na zakręcie swoich karier, szczególnie Ed, z kolei przypadek Edneya był wyjątkowy. Tak wiekowych zawodników na ogół się nie sprowadza, ale w swoich najlepszych latach były gracz UCLA nigdy by nie przyszedł do Polski. Mimo mistrzostwa i w niektórych przypadkach wysokiego numeru w drafcie, żaden z tych koszykarzy nie zrobił kariery w NBA, a najlepszy czas Eda O'Bannona czy Edneya i tak przypadł na ich debiutancki sezon, kiedy wchodzili do NBA w glorii akademickich mistrzów. Zresztą poza przypadkiem zespołu z 1995 toku i Callowayem pozostali pełnili głównie drugoplanowe role w swoich zespołach, pozostawiając rolę liderów innym, którymi byli choćby Joakim Noah, Al Horford (Florida), Mario Chalmers (Kansas) czy Corliss Williamson (Arkansas). W zdecydowanej większości przypadków samo mistrzostwo osiągnięte przecież na starcie koszykarskiej kariery było też jednocześnie największym sukcesem w czasie całej przygody z basketem. 

Na następnego mistrza z NCAA póki co w Polsce nie zanosi się. Tak jak coraz ciężej polskim klubom sprowadzić spady z NBA, tak trudno wyrwać zagranicznym klubom solidnego zawodnika z silnej uczelni. Warto jednak oglądać najbliższy finał pomiędzy Louisville a Michigan, bo może kiedyś zapuka do bram PLK 30-letni Peyton Siva albo taki 37-letni Tim Hardaway Jr. Przecież Ci co oglądali NBA Finals 1993 też pewnie nie myśleli wtedy, że ledwie kilka lat później do zimnego kraju gdzieś w środku Europy zawita Richard Dumas.