niedziela, 3 marca 2013

Polskie przypadki w NCAA.


Zaczął się marzec, a to znak, że do corocznego March Madness już naprawdę blisko. W polskim przypadku marcowe szaleństwo dość wyjątkowe, bo w silnej Gonzadze Bulldogs będziemy mieć tam swojego przedstawiciela. Żeby nie było tak kolorowo, trzeba przyznać, że NCAA dla wielu Polaków było weryfikacją możliwości, a buńczuczne zapowiedzi o NBA często kończyły się powrotem z podkulonym ogonem do Europy.

W Polsce w latach 90. istniał pewien mit ligi akademickiej. Przeświadczenie, że tylko wyjazd do Stanów pomoże rozwinąć elementy koszykarskiego rzemiosła powodowało całkiem liczne polskie podróże w kierunku amerykańskich campów. Oczywiście NCAA na bieżąco nikt nie śledził, bo przede wszystkim nie było gdzie, a informacje jak cudowne są te rozgrywki przekazywali tylko sami koszykarze, którzy przyjeżdżali w okresie letnim do Polski. Wszyscy bez wyjątku oczywiście opowiadali jak każdego roku stają się lepszymi koszykarzami, co jednak szybko było weryfikowane na polskich parkietach. Brak internetu i wglądu do statystyk z akademickich rozgrywek nie pozwalał przecież wątpić w prawdomówność słów kolejnych zawodników. Dziś można wybuchnąć śmiechem choćby na temat opowieści Rafała Bigusa z lata 1999 roku, kiedy opowiadał jak blisko był wspólnej gry z Allenem Iversonem. Bigus wypowiadając na łamach "Super Basketu" słowa "Miałem sporą szansę na podpisanie kontraktu z Philadelphia 76ers" tylko się zbłaźnił prezentując wyjątkową nieporadność po powrocie ze Stanów do Polskiej Ligi Koszykówki.

Zanim jednak nastąpiły lata 90. i większy kontakt z amerykańską koszykówką, pewien koszykarz odniósł największy sukces w historii polskich występów na parkietach NCAA. Tym zawodnikiem był Jacek Duda (obecnie okazjonalnie ekspert Canal+ Sport podczas Weekendu Gwiazd), który w swoim ostatnim sezonie (1986/1987) na uczelni Providence zdołał awansować do Final Four. Tego sukcesu nie powtórzył do tej pory żaden zawodnik. Nieco zapomniany w kraju koszykarz był oczywiście tylko głównie uzupełnieniem składu, ale przetarł szlaki innym rodakom. Po karierze akademickiej radził sobie całkiem nieźle w dorosłej koszykówce - zagrał w kadrze na Mistrzostwach Europy w 1991 roku, występował ponadto w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, Belgii i Niemczech. Providence odegrała dużą rolę w polskiej historii NCAA, bo w pierwszej połowie lat 90. grali dla tej uczelni także Maciej Zieliński i Piotr Szybilski. Sytuacja zwłaszcza Zielińskiego była wyjątkowa bo też później żaden gracz nie jechał w takiej sytuacji jak obecny prezes Śląska. Zieliński wyjeżdżał do Stanów jako już ugruntowany koszykarz, reprezentant kraju na ME, dwukrotny mistrz Polski, więc i oczekiwania były spore. Opowieści Zielińskiego jak po treningu trudno było mu utrzymać filiżankę kawy ukazywały tylko przepaść jaka była między Polską a USA. Zieliński po powrocie do kraju wrócił do Śląska i wszyscy oczekiwali, że z miejsca stanie się absolutną gwiazdą. Tak się jednak od razu nie stało, a pierwsze miesiące w Polsce miał raczej przeciętne, wtedy zaczęły pojawiać się głosy, że wrocławianin lepszy był przed wyjazdem niż po nim. Z czasem jednak Zieliński wrócił do swojej nominalnej dyspozycji i stał się w kolejnych latach symbolem polskiego basketu i jedną z największych ikon ostatniego dwudziestolecia. Do Zielińskiego dołączył w Providence także Piotr Szybilski. Podobnie jak Zieliński, "Bilu" stanowił ledwie uzupełnienie składu i akademickiej ligi także nie podbił. W tym przypadku nie obyło się później bez tłumaczeń, jak sam Szybilski mówił w wywiadzie nie grał za wiele głównie dlatego, bo... nie był murzynem. Po tych dwóch przypadkach jeszcze bardziej wzrósł w kraju mit o NCAA jako ziemi obiecanej tylko dla najlepszych, skoro nawet takie asy jak Zieliński czy Szybilski mieli problemy, żeby wstawać z ławki rezerwowych. Później ścieżkę amerykańską przeszli wspomniany Rafał Bigus i Tomasz Cielebąk. Ich powroty do kraju po skończeniu uczelni były bolesne. Bigus lansowany na pierwszego Polaka w NBA wyróżniał się po powrocie głównie wzrostem i zagubieniem, a i Cielebąk nie był tym graczem sprzed wyjazdu. Ukłuto już wtedy pewnego rodzaju "syndrom NCAA", czyli kompletny zanim formy po powrocie ze Stanów. Dotykał on także kolejnych, którzy wracali. Po Bigusie wielką nadzieją na NBA był Wojciech Myrda. To był rok 2002, kiedy kończył on uczelnię i faktycznie wtedy pojawił się pierwszy Polak w NBA. Wszyscy uważali jednak, że będzie to Myrda, do niedawna rekordzista pod względem bloków w całej historii NCAA. Dziś można na rzeszowianina spojrzeć obiektywnie - samymi blokami do NBA się nie wjedzie grając do tego na bardzo przeciętnej uczelni w słabej konferencji. Wtedy uważano, że to głównie wina agenta, ale późniejsza kariera Myrda pokazała mu niejako miejsce w szeregu. Obecnie 34-latek od dawna nie gra poważnie w koszykówkę, bo trudno za taką uznać amatorską ligę w Rzeszowie.


Patrząc na "popisy" Bigusa, Cielebąka czy Myrdy zaczęto coraz bardziej się zastanawiać czy to już PLK jest taka dobra czy NCAA taka słaba. Na niekorzyść ligi akademickiej działał fakt, że wówczas coraz więcej miejsc w drafcie zajmowali gracze europejscy prosto z lokalnych klubów. Mit, że droga do NBA prowadzi przez NCAA upadł wtedy bezpowrotnie. Rok po Myrdzie studia skończył na zaliczanej wtedy do Top 25 uczelni Missisipi State Michał Ignerski. Popularny "Igi" swoją karierą udowodnił, że grając na solidnej uczelni można i później poradzić sobie w dużo silniejszych ligach niż PLK. W tym samym czasie co Ignerski, na uczelni Texas Tech mieliśmy Pawła Storożyńskiego i Roberta Tomaszka. W kraju myślano przede wszystkim o ewentualnym wzmocnieniu na kolejne lata reprezentacji przez wspomnianą dwójkę. Odchodzące wtedy pokolenie graczy urodzonych w okolicach rocznika '70 miała zostać zastąpione właśnie między innymi przez koszykarzy takich jak Storożyński czy Tomaszek. Na dłuższą metę jedynym czynnikiem, który wyróżniałby obu graczy na reprezentacyjnym poziomie okazały się niestety głównie ich podwójne obywatelstwa, choć obaj to bardzo wyraziste postacie, które do dziś wzbudzają sporą sympatię. Od tamtej pory minęło kilka lat, a kolejnych graczy próżno było szukać chcących wyjeżdżać w NCAA. Przez moment głośno było jeszcze o Łukaszu Obrzucie, który grał w zawsze silnej drużynie Kentucky. Odgrywał rolę "ławkowego", standardową dla Polaków na silnych uniwersytetach, ale głośniej było o nim z powodu podpisania wstępnego kontraktu z Indiana Pacers. Stałego kontraktu jednak już nie otrzymał, a tak jak nie zachwycił w Indianie, nie zrobił tego także później w Inowrocławiu. Obrzut zakończył przygodę z NCAA w 2007 roku, a już rok później w Duke pod okiem słynnego Mike'a Krzyżewskiego grę rozpoczął Olek Czyż. Do takiej uczelni nie dostaje się przypadkiem, więc z miejsca w niektórych polskich mediach pojawił się temat kolejnego Polaka w NBA. Czyż przez dwa lata w Duke za wiele nie pograł, po czym podjął raczej słuszną decyzję o przenosinach do Nevady. Jego nazwisko przez pewien czas pojawiało się nawet w mock draftach, ale wybranie Czyża w drafcie od początku było bardziej życzeniowe niż miało głębsze merytoryczne poparcie. Sezon 2011/2012 zakończony zwycięstwem w konferencji WAC, dobrą grą i statystykami to było jednak za mało nawet jak na grę w NCAA Tournament. Występy w lidze letniej w barwach Chicago Bulls też nie powalały na kolana. Czyż wylądował jednak całkiem nieźle, gra w solidnym włoskim Virtusie Rzym i przynajmniej powinien być wypróbowany w niedalekiej przyszłości w kadrze. O ile obecny selekcjoner nie popełni błędu poprzednika na temat w ogóle istnienia Czyża, na co jednak na szczęście się nie zanosi. 

Tak głośno o NCAA w Polsce dawno nie było jak w ostatnich dwóch latach. Dobre występy Czyża, decyzje wicemistrzów świata do lat 17 były szeroko komentowane w kraju. Tomasz Gielo podąża drogą mniej ryzykowną, skupiając się na wykorzystywaniu swoich minut i pewnej grze w słabszej uczelni. Najgłośniej ostatnio było zdecydowanie o Przemysławie Karnowskim z Gonzagii Buldogs. Jeden z najsilniejszych zespołów obecnego sezonu i realny kandydat nawet do gry w Final Four z Polakiem w składzie sprawi, że ponownie w Polsce będzie głośniej o NCAA. Na doniesienia na temat kolejnego Polaka z NCAA w tegorocznym drafcie jednak nikt nie powinien się już nabrać. Historia polskich przypadków NCAA pokazuje jak zmieniało się postrzeganie rozgrywek na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Kiedyś traktowane jako jedyna możliwa ścieżka do NBA z niejako "przy okazji" zdobyciem wykształcenia i dyplomu respektowanego na całym świecie z czasem doczekała się niemalże tylu samo przeciwników co zwolenników. Przeciwnicy podnoszą argumenty, że przecież wyjeżdżający 19-latek traci pierwsze cztery lata  prawdziwej seniorskiej kariery na grę wyłącznie z rówieśnikami. Na dodatek na grę prowadzoną według archaicznych przepisów z dwoma połowami i 35-sekundowymi akcjami i sezonem kończącym się w marcu. Zamiast narzekać na znakomitą strukturą organizacyjną ligi należałoby też przyznać obiektywnie, kto miał jaki potencjał już w momencie wyjazdu do USA. Duda, Zieliński, Szybilski, czyli pierwsza trójka w Providence poradziła sobie w dorosłym baskecie mimo śladowej roli na uczelni. Grali jednak w silnej drużynie, a w tamtych czasach europejczykom jeszcze trudno było dorównywać fizycznie Amerykanom.  Część koszykarzy nie wyróżniała się niczym szczególnym jeszcze przed wyjazdem, np. Rafał Bigus na dobrą sprawą był tylko szerzej nieznanym juniorem. Przypadki "drugiej fali" - zawodników studiujących na przełomie wieków i później to raczej wyimaginowane nadzieje nie poparte racjonalnymi argumentami. Blokujący Myrda na prowincjonalnej uczelni wybijał się statystycznie bardziej niż Ignerski, ale to ten drugi grał w NCAA Tournament i później w większości silnych lig w Europie. 
Nie pojawił się jeszcze Polak, który pogodziłby ważną rolę w zespole z siłą uczelni. Tak długo jak to nie nastąpi myślenie o pierwszym Polaku bezpośrednio z NCAA na parkiety NBA pozostaje w sferze wybujałych fantazji.

PS. Wybrani zawodnicy w swoich ostatnich sezonach w NCAA ( z wyjątkiem Piotra Szybilskiego). Oczywiście w samej lidze i różnych dywizjach na przestrzeni lat występowało dużo więcej Polaków, ale pod lupę brani byli głównie Ci, którzy jechali przede wszystkim grać w koszykówkę i z którymi wiązano mniejsze lub większe nadzieje.


Imię i nazwisko:                   Sezon i uczelnia:                     Punkty, zbióki, asysty:

Jacek Duda           (1986/1987 Providence)       3,4; 3,4; 0,3 
Maciej Zieliński    (1994/1995 Providence)       2,4; 1,1; 0,6
Piotr Szybilski       (1994/1995 Providence)       2,4; 1,8; 0,1
Rafał Bigus            (1998/1999 Villanova)         6,0; 4,5; 0,5
Tomasz Cielebąk   (1999/2000 Marist)              8,2; 4,8; 0,8
Wojciech Myrda   (2001/2002 Monroe)           11,3; 7,1; 0,6
Michał Ignerski    (2002/2003 Missisipi St.)       9,0; 4,8; 0,8
Paweł Storożyński (2002/2003 TexasTech)       5,0; 3,1; 1,0
Robert Tomaszek   (2003/2004 Texas Tech)     7,4; 4,3; 2,4
Dawid Przybyszewski (2004/2005 Vanderbilt)  6,4; 3,3; 0,8
Łukasz Obrzut       (2006/2007 Kentucky)         2,0; 1,1; 0,1
Adam Hrycaniuk   (2007/2008 Cincinnati)        6,4; 5,3; 0,8
Olek Czyż              (2011/2012 Nevada)          13,8; 6,8; 0,9


6 komentarzy:

  1. Nie znałem wszystkich faktów...ciekawe

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy artykuł i wnioski

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy autor bloga wie coś na temat tego, czy jacyś młodzi Polacy wybierają się za ocean by od następnego sezonu grać w NCAA? Może np ktoś z SMS Władysławowo?

    OdpowiedzUsuń
  4. Póki co nikt nie ujawniał się z chęciami gry w NCAA. Ciekawe, którzy z młodych mają podpisane już umowy z agentami, co z automatu dyskwalifikuje ich grę w NCAA. Z SMS Władysławowo też nikt póki co głośno nie mówił o kontynuowaniu swojej kariery w Stanach.

    OdpowiedzUsuń
  5. szacunek za dobry artykul

    OdpowiedzUsuń
  6. Na to żeby zaistnieć w NCAA trzeba przede wszystkim zainteresowania samych amerykanów konkretnym zawodnikiem.Tak było z Gielo i tak jest z Karnowskim, to uczelnie zabiegały o nich i teraz traktują ich jak inwestycje, wtedy jest szansa na granie, samodzielny wyjazd to strata czasu..i kasy.

    OdpowiedzUsuń