środa, 22 maja 2013

Szczęście sprzyja Cavs.


Od samego draftu często ważniejsza jest sama loteria i rozstawienie. Jeśli draftowa jedynka znana jest już w połowie sezonu, albo nawet przed grą w NCAA, to dużo większe znaczenie ma samo rozstawienie niż oficjalny draft w czerwcu, będący później w dużej części tylko formalnością.

PONOWNIE numer jeden przypadł Cleveland, które jak nikt inny, otrzymało szansę odbudowy drużyny w trybie mocno przyspieszonym. Kiedy odchodził latem 2010 roku LeBron James, nikt w Cleveland pewnie nie przypuszczał, że w ciągu ledwie kolejnych trzech draftów skupią u siebie aż dwie jedynki. Dziś po wynikach loterii, w Cleveland mogą myśleć o budowie zespołu, który za kilka lat może znów być czołową siłą w Eastern Conference jak za czasów LBJ. Zespół skupiony wokół lidera Kyrie Irvinga i dobrze obudowany młodymi - Tristanem Thompsonem, Dionem Waitersem, Tylerem Zellerem, tegoroczną jedynką (Nerlens Noel?), to może być wschodnia odpowiedź na Oklahomę City Thunder czy ostatnio Golden State Warriors. A dodatkowo w tegorocznym drafcie Cavs będą mieli jeszcze wybór w pierwszej rundzie (19. numer) od Los Angeles Lakers. Oczywiście budowa silnego zespołu poprzez picki w drafcie to bardzo mglista perspektywa, ale dla takiego niezbyt atrakcyjnego rynku jak Cleveland jedyna słuszna. Już posiadają prawdziwego lidera, który powinien być tylko lepszy. Irving wie już jak zdobywać powyżej 20 punktów, teraz pewnie chciałby jeszcze wiedzieć, jak się gra po 20 kwietnia. 

Po raz kolejny wysoko w drafcie będą wybierać także Washington Wizards. Po bardzo trafnych decyzjach w 2010 roku - John Wall i 2012 - Bradley Beal, przy umiejętnym tegorocznym wyborze Wizards również mogą w perspektywie kilku najbliższych lat stworzyć ciekawy zespół oparty na graczach z wysokimi pickami. By tak się działo, muszą jednak ustrzec się wyborów takich jak dwa lata temu. Jan Vesely póki co nie daje żadnych podstaw, by decyzji o jego wyborze z szóstym numerem skwitować innym słowem niż pomyłka. Jeśli będą zdarzać się takie pomyłki częściej, Wizards prędko nie zakończą trwającej już pięć lat passy bez 30 wygranych w sezonie.

Tak częste określenie "przebudowy zespołu" w NBA trwa jednak niejednokrotnie wiele sezonów. A budowa silnego teamu poprzez zbieranie picków też nie daje żadnych gwarancji na sukces, jest tylko pewnym ładnie opakowanym planem. Wizję miało Houston, a wystarczył jeden offseason, by wszystkie wcześniejsze koncepcje wzięły w łeb po zatrudnieniu Jamesa Hardena, Omera Asika i Jeremy Lina. Tworzenie nowego zespołu bywa też niezwykle mozolne i bardziej przypomina syzyfową pracę. Doskonałym przykładem mogą być tutaj Sacramento Kings, którzy od lat wybierają z wysokimi numerami, ale kompletnie nie przekłada się to potem na wyniki. Przyzwyczajeni już do wyborów w pierwszej dziesiątce, mimo trafnych rekrutacji, bo do Sacramento zawitali przecież Tyreke Evans, DeMarcus Cousins (nawet z drugiej rundy Isaiah Thomas), ciągle dryfują w odmętach końca stawki NBA. Podobnie jest z Minnesotą Timberwolves, gdzie za przebłysk uznaje się sezon, w którym drużyna nie wygrała nawet 40% spotkań. 

Wybieranie w drafcie to często zresztą istne wróżenie z fusów, zwłaszcza przy okazji loterii, która z góry nie jest uznawana za nadzwyczajną jak te w 2003 czy 1996 roku. Ryzyko pomyłki jest spore, wystarczy tylko spojrzeć na ostatni sezon i numery z pierwszej piątki. Wydawało się, że w 100% gotowy na NBA jest Thomas Robinson, a niczym nie zapadł w pamięć w swoim pierwszym sezonie poza zmianą klubu. Z kolei Dion Waiters, który nie był nawet pewniakiem w swojej drużynie uniwersyteckiej, bardzo dobrze odnalazł się w systemie Cavs. Albo wracając jeszcze do Jana Vesely, to szesnaście miejsc niżej od Czecha wybrany został niejaki Kenneth Faried...

Samymi tylko wysokimi numerami w drafcie daleko się nie zajedzie. Chyba, że ktoś ma ambicję, aby określano jego ekipę "zespołem League Pass". W tej konkurencji, w przeciwieństwie do play-off, prym wiodą młodzi, atletyczni z fantazją i gorącą głową. Koszykówka to jednak nie łyżwiarstwo figurowe i tu nikt nie będzie przyznawał dodatkowych punktów za dunki czy asysty a'la Ricky Rubio. Wyjątkiem od tej reguły ostatnio może być Golden State Warriors. Irving, Wall pewnie chcieliby stać na czele swoich ekip jak Stephen Curry w Oakland. Warriors wybierali ostatnio chyba najumiejętniej, bo pomimo nie najwyższych numerów w 2009 (nr 7), 2011 (nr 11) i 2012 (nr 7) wyciągnęli swojego obecnego lidera, Klaya Thompsona i Harrisona Barnesa. Dziś te wybory przekładają się na prawie 50 punktów w meczu. Cavs i Wizards przy dobrych decyzjach w czerwcu, mogą być na dobrej drodze, by zbliżyć się do tej liczby. Resztę muszą uzupełnić wartościowi gracze z doświadczeniem, których jak na razie w Cleveland i w stolicy USA wielu nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz